…za oknem a nastrój taki sobie. Przez czekające mnie spotkanie w weekend, to na pewno. Że też ja się tak tym wszystkim stresuję. Dziś rozmawiałam z przyjaciółką, spytałam, co radzi w sytuacjach stresu, odpowiedziała pół żartem pół serio, "sport, prochy i alkohol"…..żeby to było takie łatwe. Ot, strzelasz sobie kielicha i problemy odpływają w niebyt. Niestety. Nie jest łatwo. Od kilku dni po glowie telepie mi się cały czas myśl o zmianach, jakie chciałabym dokonać. Najgorsze, że za tymi myślami nie idą jakieś konkretne pomysły. Wszystko zdaje się zamykać w "chciałabym", "powinno", "muszę dla własnego dobra"…rozmywa się jednak kiedy usiłuję to jakoś złapać, zatrzymać bliżej i zerknąć owym myślom w twarz…tak czy siak, idzie czas zmian, takie mam wrażenie. Powstały pewne postanowienia. Jak to kiedyś usłyszałam, jak sam człowiek o siebie nie zadba, to nikt inny o niego nie zadba, coś w tym jest, pomóc sobie w pewnych sprawach umiemy tylko my sami, nikt nam przecież nie siedzi we wnętrzu, w naszych głowach, emocjach , uczuciach…
„Cesarzowa”. Reż.Yimou Zhang.
Nasłuchałam się tylu niepochlebnych recenzji na temat tego filmu reżysera jednego z najbardziej lubianego przeze mnie filmu, czyli "Zawieście Czerwone Latarnie", że spodziewałam się faktycznie spektakularnego gniota. Powiem tak. Arcydzieło to faktycznie nie było, ale zdecydowanie najniżej bym nie oceniła. Tym bardziej, że skupiłam się na dekoracyjnej stronie obrazu i ta zdecydowanie na plus. Spektakularne dekoracje, wspaniałe kostiumy, otoczka dworu cesarskiego pokazana we właśnie kinowy sposób. To zdecydowanie film, który najlepiej wypada na tak zwanym dużym ekranie.
"Cesarzowa" opowiada o dworze cesarza Ping, który od pewnego czasu w lekarstwie swej żony "przemyca" truciznę. Żona, cesarzowa, zdaje sobie z tego sprawę i wymyśla intrygę, która ma ją uratować. Nie ją jedną zresztą. Do kolejki na tronie stoi trzech synów cesarza, a intrygi, jakie mają miejsce na dworze, utwierdzają ją w przekonaniu, że powinna ratować swego średniego syna.
Cesarzowa rozpoczyna więc działanie, które według niej uratuje sytuację…Jednak nie przewiduje do końca, jak bardzo jej mąż śledzi każdy jej krok i że zapewne ma na dworze o wiele więcej wysłanników i szpiegów, niż ona sama.
Powiem tak, ja podczas oglądania nie nudziłam się, wobec mnie kino spełniło swoją rolę, nacieszyło oczy przepychem, niezwykłością barw i kostiumów. Nie spodziewałam się po tym filmie jakichś specjalnych cudów wianków i pewnie dlatego aż tak źle, jak krytycy go nie oceniam.
Mówiąc wprost, mnie się podobało;)
Dzisiejszy wpis musiał się pojawić, wszak wpisy 29 lutego na blogu mogą pojawić się raz na cztery lata!;)
„Morderstwo w Madingley Grange”. Caroline Graham.
Kolejny "niemidsomerkowy" kryminał Caroline Graham, który dosłownie pochłonęłam. Nie mogłam się od niego oderwać! Baaardzo mi się podobał. Mam nadzieję w takim razie na więcej jej kryminałów nie w Midsomer i okolicach, bo te mnie zdecydowanie bardziej urzekają.
Ten jak "złapał", tak nie chciał puścić, ale jak mógł, skoro cechował się wszystkim tym, co lubię w kryminalnych powieściach, czyli ciekawą intrygą, wspaniale odmalowanymi prawdziwymi postaciami z ich grzeszkami i dobrocią serduszka, a wszystko to w scenerii wielkiej i pięknej wiejskiej posiadłości angielskiej prowincji, gdzie wciąż do kolacji podaje służba, a do samego posiłku wypada się odświeżyć i zmienić strój.
Akcja książki zaczyna się w chwili, kiedy rodzeństwo, Laurie i Simon, dywagują nad możliwością zorganizowania w posiadłości ciotki, którą przez jakiś czas jest im dane się opiekować, imprezy niezwykłej. Właściwie to Simon jest pomysłodawcą owej imprezy, jaką ma być , zupełnie, jak z książki Agathy Christie, gra w morderstwo. Otóż Simon, mający finansowe problemy, wymyśla aby dać ogłoszenie do gazety, że w wiejskiej posiadłości można za odpowiednią oczywiście opłatą, zabawić się w nietypową grę. Wylosowane zostaną role, stworzony wachlarz postaci a wśród nich oczywiście ktoś, kto odegra rolę mordercy i ktoś, kto zagra ofiarę, a pozostali będą musieli przeprowadzić śledztwo. Oczywiście gra ma być jak najbardziej bezpieczna i niewinna, bez żadnej prawdziwej krwi i zbrodni a jedyne emocje jakie mają jej towarzyszyć, to ekscytacja śledczych. Simon wymyślił całą zabawę starannie, zadbał o każdy szczegół, jak wynajęcie specjalnej służby na ten dzień , kostiumy w stylu lat trzydziestych itd… Laurie niezbyt podoba się owa idea brata, ale jak to zazwyczaj w ich relacjach bywa, daje mu się jednak na ten pomysł namówić i oto pewnego piątkowego popołudnia do posiadłości dociera grupa ludzi, z których wydaje się, że każdy stanowi swoisty oryginał. To galeria postaci, jak z książek Agathy Christie, zdecydowanie. A jeden z biorących w zabawie udział mężczyzn, jest jej i nie tylko, wielkim wielbicielem. To Derek, który jest maniakiem wręcz kryminałów, cytuje książki kryminalne, zna je na pamięć wręcz, a jego ideałem jest Sherlock Holmes. To Derek, szczerze mówiąc, wydaje się najbardziej przejęty całą zabawą i to on upatruje dla siebie roli detektywa w całej tej historii.
Goście wydają się być szczerze zadowoleni z możliwości zabawy i podekscytowani pobytem w naprawdę bajecznym otoczeniu, w którym pawie przechadzają się po alejkach a łabędzie, jak w kiczowatym landszafcie, przepływają parami po stawie…
Trwa przygotowanie do wieczornego posiłku, wreszcie prawdziwa uczta, podczas której usługuje niezwyczajna służba, na końcu wieczoru odbywa się losowanie, podcza którego zostają wylosowane "role" dla poszczególnych bawiących się, w tym, jak wspomniałam morsercy i ofiary. Jak bardzo zaskoczony i zły okazuje się Derek, który wylosował akurat rolę ofiary, a przecież wiązał z zabawą tak wielkie nadzieje.
Jest zły, poirytowany, i nieco nawet obrażony. W takim nastroju kładzie się spać, podczas kiedy nocą mają miejsca rozmaite zdarzenia, które sprawiają, że zmienia on jednak zdanie.
Zabawa rozpoczyna się, chociaż nie można doprawdy powiedzieć, że wszystko pójdzie w niej zgodnie z planem, mało tego, okaże się nawet, że sytuacja zdecydowanie wymknie się spod kontroli…
Książkę czyta się szybko i dobrze, trzyma zdecydowanie w napięciu do ostatnich jej stron, kiedy to okazuje się, że nasze pewne przeczucia miały słuszną podstawę…
Oprócz warstwy typowo kryminalej mamy tu rewelacyjną galerię postaci, które "czyta się" z zaciekawieniem, wydają się być może nieco przerysowane, a przez to niezwykle prawdziwe jednak, książka posiada ów niezwykły klimat kryminału Agathy Christie, a jednak jest zdecydowanie odrębną. Do tego owa wspaniała wypełniona antykami stara posiadłość, w piwniczce której składowane są stareńkie i smakowite wina, a każdy z pokoi gości urządzony jest w innym stylu.
Autorka zadbała o każdy szczegół kryminału, prawie tak samo, jak jej bohater, Simon, zadbał o szczegóły organizowanej przez siebie i siostrę zabawy. I to się czuje i dlatego czyta się ją tak dobrze.
Miłośnikom kryminałów zdecydowanie polecam!
„Piotruś i wilk”. Reż. Suzie Templeton.
Dobra, nie będę Wam mydlić oczu, że znałam tę animację, zanim otrzymała Oskara. Bo nie znałam. Oczywiście po przyznaniu nagrody zerknęłam na dostępne w necie fragmenty i stwierdziłam, że faktycznie, tym razem nagroda powędrowała z pewnością zasłużenie, ale całości nie widziałam. Kiedy wczoraj nasza TV puściła ją, chętnie skorzystałam z okazji i z wypiekami na twarzy obejrzałam tę krótką ale za to jaką animację. Mimo, że podczas oglądania razem z P. towarzyszyły nam słowa Brejna, który u siebie na blogu http://www.ultramaryna.pl/mkk/
stwierdził, że Piotruś, cytuję "ma idealny look młodocianego psychopaty":)
Animacja rzeczywiście rewelacyjna…Ponieważ trochę się nasłuchałam o tym, jak to się wszystko wykonuje, więc wiem, jak katorżnicza tak naprawdę jest praca przy filmie, który potem wygląda tak, jak właśnie wygląda, czyli zdaje się być realistycznym w każdym calu. Te spojrzenia Piotrusia, zagubionego, zahukanego sierotki, którego jedynym przyjacielem jest gąska (chlip, chlip, świeczka dla gąski), ten kot, który po wpadnięciu do przerębla otrząsa się z takim obrzydzeniem, a my widzimy jak schną jego włoski!
Powiem tak. Faktycznie odwalono tam kawał dobrej roboty, co zdecydowanie widać i naprawdę szczerze się cieszę, że to Polacy otrzymali między innymi tę nagrodę. Szkoda, że podczas gali jakoś mało o tym było mowy, ale jednak jest to jasne, i mam szczerą nadzieję, że Se-ma-for otrzyma dzięki temu jeszcze większe szanse i że stanie się to po prostu nowym rozdziałem w działalności tego łódzkiego studia, które nawiasem mówiąc, boryka się z problemami lokalowymi…cóż, taka nasza polska rzeczywistość.
Co do samego filmu, to naprawdę polecam obejrzenie go. Nie wiem, jak Wy, ale ja chyba osobiście wolę krótsze formy i tu taka właśnie jest, około półgodzinna, a treściwa. Widzimy bohatera filmu, małego chłopca, którego przysłowiowy los nie pieści. Pewnie jest sierotą, którego los rzucił do domu jakiegoś mało przyjemnego starucha, który wydaje się bardziej kochać własnego kota, niż dziecko, którym ma się opiekować.
Piotruś jednak chce czegoś więcej, i pewnego dnia otwiera przysłowiowe drzwi do innego świata.
Tak naprawdę interpretacji jest zapewne cała masa. Może to po prostu opowieść o małym chłopcu, który sięga po więcej? I odkrywa, że świat, który wydawał mu się rajem, jest takim samym światem, który zna? Z jego pięknymi ale i złymi i groźnymi stronami? A może to opowieść o dojrzewaniu i Piotruś musi zmóc się z własnym strachem, pokonać lęk, co spowoduje jego dalszy rozwój własny?
Nie mam ochoty wnikać. Wczoraj podczas oglądania, po prostu chłonęłam obrazy przesuwające mi się przed oczami, napawałam się tym, jak realne wydawało mi się to, co widzę, te spojrzenia rzucone spod rzęs, jakimi obdarowywał nas Piotruś, to zło czające się w spojrzeniu wilka, którego Piotruś będzie musiał pokonać, cienie jakie rzucały drzewa w lesie i całość, która przeniosła mnie, jak w czasach dzieciństwa, kiedy wszystko wydawało się możliwe, do tego lepszego, bo bajkowego świata……..
Polecam, polecam!
„Zawiść nieznajomego”. Caroline Graham.
Nooo, i to się nazywa dobry kryminał. Ciekawe, jaki będzie ten drugi, "niemidsomerkowy", jak ja to nazywam. Co do midsomerkowych miałam sporo zastrzeżeń, były nierówne i z powtarzalnymi motywami (nieszczęśliwa miłość, która prowadziła do nieszczęścia). Tutaj też o coś takiego autorka się pokusiła, ale nie raziło mnie to aż tak, bo tworzyło logiczną całość z resztą akcji, postaci itd.
"Zawiść nieznajomego" jest dość przerażająca, bo zdaje się być prawdziwa. Mimo, że to kryminał, w swojej warstwie wydaje się być thrillerem. Bowiem nigdy nie wiadomo, kto stanie się obiektem nienawiści połączonej z patologią, osoby całkiem nieznanej, która przypadkowo wybierze sobie cel, aby dać upust narastającej frustracji.
Bohaterką książki jest Roz, prezenterka radiowa, mająca swoją stałą audycję w radio. Osoba, zdawałoby się, spełniona i szczęśliwa. Mająca wspaniały dom, męża (aczkolwiek jej małżeństwo zdaje się przechodzić lekki kryzys), dwoje udanych dzieci. Wydaje się, że większość jej marzeń jest spełnionych…W ten niemal idylliczny obrazek wkrada się jednak jak zawistny wąż, ktoś, kto jest nie dość, że niespełna rozumu, to w dodatku ów szaleniec obzdurał sobie, że Roz go obraziła i zamierza pokazać jej, kto jest górą w owej wojnie…
Roz odczuje wyraźnie, jak bardzo macki nieznajomego szaleńca zaczną oplatać ją i jej bliskich, jak łatwo nieznajomy może jej zagrozić i jak łatwo jest tak naprawdę zniszczyć cudze szczęście, budowane latami i z trudem.
Kryminał ciekawy, z ciekawą warstwą psychologiczną, prawdziwymi postaciami a nie wyciętymi z kartonu papierowymi bohaterami, akcja trzymająca w napięciu, to wszystko złożyło się na interesującą lekturę.
Miłośnikom kryminałów polecam!
niedzielne to i owo…uprzedzam, długi wpis…
Coś mi się wydaje, że wyjdzie mi trochę chaotyczny wpis. Bo tak, po pierwsze, wiosna panie i panowie, wiosna za oknem! A to powoduje zamęt w przyrodzie, w sercach, w nastrojach!
Po drugie, mam "czasoumilacz", czyli wreszcie i Plus zdecydował się na to, na czym Era z powodzeniem zarabia, a więc, kiedy się do mnie dzwoni, można usłyszeć muzykę, zamiast tylko sygnału dzwonienia. U mnie jest muzyka latynoska, a co?!:) Monoli, która parę dni temu do mnie dzwoniła , nieźle się zadziwiła;)) Mówi do mnie "Aż na telefon patrzyłam, co się dzieje" ;))
Po trzecie, dzisiaj w nocy wybory ważne, kinowe. "Katyń" i …czy wygra w kategorii filmów nieanglojęzycznych? Powiem tak. Filmu nie widziałam i nie zamierzam. Z tego samego względu, co nie obejrzałam "Pasji" Gibsona. Od dziecka wiedziałam, że Katyń zgotowali nam radzieccy sąsiedzi. Nigdy nikt nie wmawiał mi w rodzinie, że było inaczej. Paradoskalnie czasem myślałam, że może powinniśmy odczuwać coś w rodzaju "wdzięczności" dla Niemców, że w ogóle dzięki nim mieliśmy DOWODY na zbrodnię…Bo bez odkrycia grobów, nikt pewnie nigdy o Katyniu, Miednoje, Ostaszkowie itd by się nie dowiedział…
Nie mam więc potrzeby oglądania o tym filmu, o którym słyszałam rozmaite opinie. Mnie wystarcza jedna, o słynnych ostatnich minutach filmu. Nie, dziękuję, to nie dla mnie, nie na moje doły ostatnio itd. Mam bogatą wyobraźnię i mniej więcej wyobrażam sobie, jak katyńskie, wschodnie piekło wyglądało.
Niemniej jednak OGROMNIE kibicuję temu filmowi na rozdaniu Oskarów. Nie za jego wartość artystyczną na temat której nie widząc go nie zamierzam się wypowiadać , ale kibicuję mu dlatego, że osobiście marzę o tym, aby JAK NAJWIĘCEJ osób na świecie obejrzało go i poznało prawdę katyńską. Tak, jak marzę o tym, aby nigdy w podręcznikach do historii nie pojawiało się kłamstwo historyczne "polskie obozy koncentracyjne" , tak samo chciałabym, aby ludzie na świecie, szczególnie młodzi, mieli okazję dowiedzieć się, jak ta prawda historyczna wygląda. Bo wiem, że nie wszyscy mieli okazję mieć dom, w którym się o tym, jak sprawy wyglądały, mówiło wprost i bez zakłamania. A wiele osób na świecie nie wie, bo po prostu i zwyczajnie, o tego typu wydarzeniach na lekcjach historii ich nie uczono. I znowu przypomina mi się w tym wszystkim osoba, którą miałam kiedyś okazję poznać, osoba, która zwariowała z miłości…Miałam 20 lat, kiedy ją poznałam, ona ponad 80 i wciąż (z jednej strony wiedząc, że jej najdroższy mąż, z którym łączyła ją miłość namiętna, szalona, aż nieprzyzwoita jak na lata trzydzieste i czterdzieste zginął na Wschodzie właśnie) mówiła o nim jak o wciąż żywym i o tym, że "kiedy A. wróci, to trzeba będzie zweryfikować plany budowy domu, bo kiedyś myśleliśmy, że będziemy mieć dzieci, a teraz, to wiadomo, że nie i że taki duży dom nie będzie nam potrzebny"………..
Tak więc tak, kibicuję "Katyniowi" i bardzo chciałabym, żeby ten film Oskara otrzymał.
Update, właśnie takie coś na Gazecie wynalazłam, to apropos prawd historycznych i świadomości niektórych, którzy w szkole o tym się nie uczyli:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4957916.html
Spacer więc był super przyjemny, wklejam na dowów fotę (tu dotarliśmy do ulubionego brzeziniaka)…
Na koniec, poznaliśmy wreszcie nową kuchnię hinduską, jaka się ostatnio otworzyła no, nie tak niedaleko nas, ale na Ursynowie. Wzięliśmy dania na wynos, i okazały się pycha i naprawdę sycące, mniam! Będziemy częściej wracać;)
No, uprzedzałam, że wpis, nie dość, że chaotyczny, to będzie długi i nie omyliłam się;)

wiosenna burza…
zimową nocą, no, tego chyba nie znałam, do nocy wczorajszej, kiedy to obudziły nas grzmoty i przeraźliwe bębnienie deszczu w parapet i okna, jako, że porywisty wiatr siekał nimi prosto w szyby…baaardzo nieprzyjemna to noc była. Poszliśmy sprawdzić okna, czy nie przeciekają, ale dobrze udało się je uszczelnić po letniej "przygodzie"…
Wczoraj źle się czułam, jakiś dzień miałam w półśnie…Nie wiem, pogoda to pewnie, ciśnienie, wszystko na raz.
Wieczorem zajrzeliśmy do Empiku, gdzie nabyłam drugi kryminał niemidsomerkowy Caroline Graham. Obecnie czytam jej "Zawiść nieznajomego", a nabyłam drugi jej kryminał "Morderstwo w Madingley Grange". Nabyłam także coś, co mnie bardzo zainteresowało ze względu na miejsce, w jakim dzieje się książka, a mianowicie współczesny Egipt, a jest to "Kair, historia pewnej kamienicy", Alaa Al Aswany…nic chyba nie czytałam z literatury tamtego regionu, a nie powiem, zaciekawiła mnie ta książka, aczkolwiek okropnie nie podoba mi się tytuł, jaki został stworzony na potrzeby polskiego rynku. Ja niby wiem, że pewnie chodziło o to, żeby zwróciło na książkę więcej osób uwagę, ale nie podoba mi się, jest za długi i jakoś niezręcznie brzmi. No, ale podejrzewam, że trzeba było wtrynić do niego nazwę Kair, żeby było egzotycznie i żeby większe zainteresowanie wzbudziła okładka. Zobaczymy, jaka będzie książka, na razie widzę, że na merlinie mają ją w promocji:
http://merlin.pl/frontend/browse/product/1,584582.html
stopniowanie…
wolno, wolniej, nasza-klasa, kupbilet.pl;)
