Jedna z lepszych książek, jakie ostatnio czytałam! O , ta, w przeciwieństwie do "Białych Zębów". mogła by się w nieskończoność ciągnąć;) No, niestety, właśnie tak nie jest.
Jak Wiecie, lubię bardzo książki opowiadające o ludziach, którzy z tych, czy innych przyczyn, pewnego dnia decydują się nagle zmienić dotychczasowe miejsce zamieszkania i wynieść za granicę. Lubię więc i Prowansję Petera Mayle, i Toskanię Frances Mayes , no i teraz doszła Bretania Bodil Malmsten…
Książka napisana jakimś takim przyjemnym językiem, który mnie uspokoił, ukołysał…Bohaterka , w przeciwieństwie do Angielek z "Extra Virgin" Annie Hawes, nie opisuje ciągłych gaf i problemów, jakie napotykała ze strony mieszkańców, którzy wciąż niby to mimochodem dawali im do zrozumienia, że panie nie są stąd i nigdy nie będą. W miejscowości zostaje przyjęta bardzo serdecznie i ciepło. I , aż jej zazdroszczę, mimo, że kaleczy język okrutnie, nie zostaje z tego powodu ukamieniowana. Piszę, że zazdroszczę, bo miałam osobiście nieprzyjemność zostać owrzeszczana na francuskiej poczcie tylko dlatego, że nie dość świetnie posługiwałam się francuskim;)
Bretończycy najwyraźniej są milsi, a może to Bodil ma szczęście. Tak, czy siak, dnia pewnego doznaje tak wielkiego zawodu i czuje takie rozgoryczenie dotyczące jej rodzinnej Szwecji i jej systemu ubezpieczeń zdrowotnych chociażby , że postanawia wynieść się daleko, daleko. Wybór pada na Bretanię, na Finistere, czyli tam, gdzie kończy się ziemia Europy…
Kupuje tam dom z ogrodem, który stanowi ważną część jej życia w nowym miejscu. Nawiązuje nowe znajomości, z których jedne kończą się w sposób burzliwy, inne zaś pozostają z nadzieją na rozwinięcie się, jak z niejaką Madame C.
Książka jest spokojna, ma swój niespieszny rytm, który bardzo mi podpasował.
I tradycyjnie parę zdań, które wynotowałam z niej, a którymi chętnie podzielę się z Wami:
"Tak samo jak partner, każdemu pisane jest miejsce. Trzeba tylko znaleźć to swoje wśród miliardów cudzych, trzeba być uważnym, trzeba wybierać".
Przyznaję się, że tym mnie ujęła od samego początku i poczułam, że pewnie dogadałabym się z nią w wielu sprawach, na pewno spojrzeniu na to "swoje" miejsce, w którym zostaje część naszego serca, a wcale nie musi oznaczać kraj naszych urodzin…
I jeszcze:
"Brakowało tu tylko mnie, przyjechałam i teraz to wszystko jest moje".
Albo:
"Ubierać w słowa to, co się czuje, oznacza czynić nienaturalnym to, co naturalne. Każdy, kto próbował napisać choćby kartkę pocztową, wie, że pisać znaczy pomniejszać to, co przeżyte, anulować to, co naturalne. To, co najprostsze."
I… "Pisać o swoim szczęściu to banał, szczęście pisze na biało".
Dla porządku dodam, że przytoczone fragmenty pochodzą z wydania Wydawnictwa Literackiego 2007.
Książka jest zdecydowanie wspaniała. Nie obiecuję, że każdemu się spodoba. Być może kogoś znudzi, chociażby brakiem tak zwanych nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nie wiem. Wiem, że do mnie dotarła do głębi i jest to na pewno taka książka, która wyląduje na półce w sypialni obok książek, do których wracam…
Cóż mogę dodać? Polecam…
Światowy Dzień Wolontariatu…
od kilku lat 5 grudnia obchodzony jest, jako światowy dzień wolontariatu. Zajrzałam na gazetę , a tam zero informacji na ten temat. To pewnie dlatego, żeby "zachęcić" do tej działalności, wszak w Europie plasujemy się na przedostatnim miejscu jeśli chodzi o wolontariuszy. Nie, nie mówię, że każdy się nadaje na wolontariusza , i rozumiem, że nie każdy jest w stanie z tych, czy innych przyczyn podjąć się takiego działania, ale do licha, uważam, że warto jest nagłaśniać ideę,chociażby przy okazji takiej rocznicy. Tymczasem na stronie głównej gazety mogę wśród tak zwanych głównych wiadomości przeczytać o niejakim emo bunt czy dziwactwo, albo o fakcie (zapewne nieświadomość ludzi w tym temacie wywołałaby dzisiaj traumę u niejednego), iż naukowcy testują pozycje seksualne w kosmosie.
Żeby nie było, onet też temat olał, dziennik olał. A może ja niedowidzę, może gdzieś to jest, tylko przeoczyłam? Jakby co, to dajcie znać.
zaskoczenie?
pewnie niektórych zaskoczę, ale to też jest jedna z moich piosenek, ze względów sentymentalnych;) Kojarzy mi się z naszym Ślubem…cóż, czy ja kiedykolwiek twierdziłam, że u nas wszystko leciało standardowo, jak jakieś tam walce na początek, czy coś takiego?:))
wymęczyła mnie…
okrutnie książka "Białe zęby" Zadie Smith…oj, dawno się nie umordowałam tak nad książką. Wynudziłam się, jak mops. Zaczęło się w miarę, ale gdzieś tak w połowie marzyłam, żeby książka się już skończyła. W rezultacie od połowy czytałam po łebkach. Nie, kompletnie nie rozumiem zachwytu nad nią jaki swego czasu słyszałam.
Za to teraz czeka na mnie kilka naprawdę smakowitych książek, jak "Moje drzewko pomarańczowe", "Inna kobieta", "Rzeź bezkręgowców".
Jednak , aby zabić niesmak po "Białych zębach" zaczęłam czytać "Cenę wody w Finistere", o, to:
http://merlin.pl/frontend/browse/product/1,566029.html
i jak na razie książka koi mój nastrój po niezbyt udanej lekturze;)
zdawał się mieć…
jakąś większą ilość godzin, niż zwykle miniony weekend, bo sporo udało się w nim zmieścić. I sobotnie zakupy już świąteczne, naprawdę sporo udało nam się załatwić, mimo tak zwanego "dzikiego tłumu", i niedzielny dłuuugi spacer do lasu wraz z miłą pogawędką o przyrodzie w brzeziniaku ze spotkaną tam panią, i dokończyłam "Czytając Lolitę…" i posialiśmy palmę z nasion. Jak wzejdzie? i czy? zobaczymy…ta z daktyli, którą posiałam po Monachium, zaczęła przebijać coś, co wygląda , jak długie ziarno trawy…
Odbyliśmy też maraton filmowy, obejrzawszy z cyklu horrory świata "Akację" ("brawo" dla plakacisty czy projektanta okładki, może zakończenie filmu należało od razu również zdradzić w streszczeniu z tyłu okładki), i "Piratów z Karaibów. Na krańcu świata" (nie podobał nam się, nuuuda, panie) i , to już znacznie bardziej nam się podobało, "Harry Potter i Zakon Feniksa". Tak, lubię cykl o Harrym Potterze, zarówno w książkach, jak i jego ekranizacje, które według mnie, są ciekawe i przyjemnie dla oka zrobione.
W rezultacie weekend zaliczam do udanych. Mam nadzieję, że i Wasz był przyjemny…
„Czytając Lolitę w Teheranie”. Azar Nafisi.
Słyszałam o tej książce czas jakiś i wreszcie sama po nią sięgnęłam. Po części dlatego, że interesują mnie książki, w których opisana jest sytuacja w krajach dotkniętych reżimem. Po części dlatego, że lubię książki, w których dla bohaterów to książki właśnie stanowią może nie sens życia, ale na pewno wazną jego część.
"Czytając Lolitę w Teheranie" to wspomnienia nauczycielki akademickiej, która powraca do Iranu, aby tam zacząć wykłady na uczelni. W międzyczasie powoli narastają zmiany polityczne aż następuje przewrót i oto nasza bohaterka staje oko w oko z tym, co dzieje się w kraju dotkniętym reżimem właśnie.
Oprócz tak dotkliwych zmian, jakim jest nakaz odpowiedniego ubioru łącznie z zakrywaniem głów, czy nowych zasad egzystowania społecznego (kobieta nie może pokazać się na mieście z mężczyzną, który nie będzie jej mężem lub ojcem), Azar dotyka jednak coś jeszcze. To fakt, jak bardzo na niekorzyść zmienia się sytuacja w placówkach nauczania, w jej przypadku akademickim ośrodku.
Jak bardzo książki stać mogą się nawet niebezpieczne dla czytających tylko dlatego, że ktoś na górze wymyśla sobie listę właściwych lektur, które chce narzucić innym.
Bohaterka książki w pewnej chwili decyduje się na odejście z uczelni i na spotkania co czwartek z kilkoma wybranymi uczennicami, które uczęszczały dawniej na jej wykłady na temat literatury.
Studentki stanowią ciekawy przekrój społeczny, ale mimo wielkich czasami różnic społecznych, materialnych czy nawet wyznaniowych, okazuje się, że są w stanie odnaleźć się we wspólnym świecie, mianowicie świecie literatury …w którym przedstawione jest przecież nasze życie…
Nafisi w rezultacie decyduje się na wyjazd z Iranu. Wykłada obecnie na jednej z uczelni Stanów Zjednoczonych. Mimo to widać jak w rezultacie głęboko siedzi w niej cały czas i ojczyzna, którą musiała opuścić, i studentki, które przychodząc, często wbrew woli najbliższych, na jej spotkania, tajne komplety, jak byśmy mogli je nazwać, nadawały jej życiu kolorytu…
Czytając książkę odczuwałam pewien rodzaj wewnętrznego buntu. Dobrze Wiecie, jak ważne są dla mnie książki i możliwość doboru lektury. Nie mogę sobie wyobrazić, że w imię religijnego fanatyzmu miałabym zrezygnować z tej czy innej lektury czy filmu. To ja decyduję, na ile dana książka obraża moje uczucia religijne. To ja mogę w danym momencie książkę zwyczajnie odłożyć, przestać ją czytać. Ale to ja o tym decyduję!
Fanatyzm niesie ze sobą przekonanie o odmóżdżeniu jednostki, której trzeba samemu podać listę tego, co wolno czytać, co wolno oglądać, wreszcie-w co wolno wierzyć…….
Przerażające, kiedy w ten , czy inny sposób poddajemy się temu…
Bohaterki książki, nauczycielka i jej studentki, starały się nie poddać i za to należą im się gratulacje. Nie chciały bowiem dać sobie zniszczyć swego świata całkowicie, sięgając po literaturę…
Polecam książkę, która jest interesująca nie tylko dla wielbicieli książek.
