„Moje drzewko pomarańczowe”. Jose Mauro de Vasconcelos.

Dawno nie czytałam tak poruszającej i pięknej w swej wymowie książki. Tak mądrej, ciepłej i tak prawdziwej, nie zakłamanej. Ani słowa sztucznego, ani słowa nieprawdziwego. Pewnie dlatego, że widać, że to po prostu kawałek wspomnień autora…….
Uprzedzam o jednym tych, którzy nie czytali.
To nie jest książka poprawiająca nastrój. Po raz kolejny dumam (Tani, pamiętasz, jak w emailu o tym rozprawiałyśmy), że dlaczego jest tak, że jak książka mądra, dobra, to zawsze o czymś smutnym, przgnębiającym musi być?
Nie ma książek czy filmów dobrych a wesołych i pokrzepiających? Są, ale mało, wiem.
Ostatni raz spłakałam się tak na "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze", "Moście do Terabithii", a wcześniej na "My sister’s keeper" i "Halo, Pan Bóg? Tu Anna", którą to nawiasem mówiąc, bardzo Wam polecam, tu oto link do tej taniutkiej, jak widzicie, a poruszającej książki:
http://merlin.pl/frontend/browse/product/1,231334.html

"Moje drzewko pomarańczowe" opowiada o brazylijskiej rodzinie z pięciorgiem dzieci i ich życiu. Opowiadana jest ona z perspektywy sześcioletniego chłopca, głównego bohatera, Zeze.
Matka Zeze jest niewykształcona, za to zarobiona, bowiem, po utracie pracy swego męża, ma na utrzymaniu całą tą liczną gromadkę.
Dzieci wychowują się na zasadzie "najstarszy niańczy najmłodszego", wskutek czego już sześcioletni Zeze czuje się odpowiedzialny za najmłodszego braciszka.
Jedno trzeba przyznać, mimo biedy, rodzina stara się zapewnić dzieciom wykształcenie, przynajmniej w stopniu podstawowym.
Zeze, bohater książki, jest dzieckiem jak to się mówi, żywym srebrem. Jak to dzieciak, trochę psoci, trochę się wygłupia. Jednak w rodzinie mówią o nim, że siedzi w nim diabeł i zapewne, aby owego diabła z dziecka wygonić, mały jest często bity. Lanie, to dla Zeze niestety, powszednia sprawa.
Niestety, nazywając rzeczy po imieniu, wobec Zeze rodzina, szczególnie ojciec, stosują często przemoc. Nie wiem, być może tak wyglądało kiedyś wychowywanie dzieci. Dzisiaj jednak jest spory sprzeciw wobec kar cielesnych (i dobrze, sama jestem wielką ich przeciwniczką).
Tak więc niestety, dzieciństwo Zeze nie jest usłane różami i nie jest na pewno modelowym dzieciństwem, które nie wie, co to troski i zmartwienia.
Jednak nie jest tak, że Zeze nie jest kochany, ma siostrę, która zawsze staje w jego obronie i również pozostali członkowie rodziny nie są dla niego nieustannie niedobrzy. Chłopiec jednak nie czuje się szczęśliwy i odczuwa ogromne łaknienie miłości, dobra i czułości.
Może dlatego tak chętnie opowiada o swoim życiu swojemu nowemu przyjacielowi, małemu drzewku pomarańczowemu, jakie rośnie w ogrodzie nowego domu, do którego trzeba było się wynieść po nie opłacaniu czynszu w poprzednim.
Może również dlatego to małe dziecko tak łaknące czułości i miłości tak bardzo chętnie i szybko przywiąże się do nowego przyjaciela, niejakiego Portugala.
To Portugal, sam mając już odchowaną córkę, stanie się dla małego Zeze jak ojciec. Dobry, cierpliwy, kochający i czuły.
Nie, nie stanie się happy end. Życie po raz kolejny pokaże, że truistycznie mówiąc, "biednemu wiatr zawsze w oczy"…a szczęście ma tylko parę chwil.

Można oczywiście powiedzieć, że dobrze, że na drodze małego Zeze w ogóle choć na chwilkę stanął Portugal. Bo to na pewno zmieniło małego chłopca, dodało mu sił. W końcu, zmobilizowało o parędziesiąt starszego człowieka do napisania książki.
Jednak książka kopie po emocjach i na pewno powoduje łzawienie u jednostek co wrażliwszych.
Mimo to, jeśli chcecie przeczytać coś naprawdę wyjątkowego, to szczerze Wam ją polecam!

czekolada domowymi sposobami…

…o stanie wojennym, a raczej swoich wspomnieniach na jego temat pisałam chociażby dwa lata temu, o tu:
http://chiara76.blox.pl/2005/12/Troche-pamietam-z-tamtego-grudnia.html

Lata płyną. Przed chwilą w Jedynce radiowej słyszałam po raz kolejny fragment przemówienia ówczesnego, jakie wygłosił do narodu Jaruzelski i tak sobie myślę, że jednak pamięć ludzka krótka jest. Już się nie pamięta, jaki był wtedy syf, jak starano się nam w głowach przewrócić, wcisnąć ciemnotę.
Zaraz pojawią się nieśmiałe głosy, że w ogóle to Jaruzelski wprowadził nam stan wojenny charytatywnie, bo przecież ciemny naród mógł się pozabijać (z tej miłości zapewne).
Tak, jestem cięta na ten kawałek historii, mimo, że nawet wielce nas osobiście nie dotknął.
Tylko czemu dziś , jak tak się zasłuchałam po raz kolejny w to niby to pełne troski gruchanie Jaruzelskiego do narodu, przypomniałam sobie Mamę, która wróciła z pracy w jedną z sobót pracujących w moje Imieniny, zganiania, zdenerwowana i zmęczona życiem. Bowiem ZOMO zorganizowało pałowanie i gazowanie ludzi demonstrujących z okazji Święta, które komuna starała się zagrzebać głęboko w niepamięci.
Na szczęście wtedy mojej Mamie, która stała na przystanku, i miała pecha znaleźć się przypadkowo w oku demonstracji i ataku ZOMOwców nic się nie stało. Po prostu ludzie zaczęli uciekać i Mama wraz z nimi…
Ale gdyby wtedy coś jej się stało, zostałabym prawie sierotą, jako, że ojciec by się mną nie zajął…ale co to obchodziło kogkolwiek? Naród się pizgał i trzeba było dać mu w mordę.

Nie wiem, może to efekt książki, jaką wczoraj pochłonęłam (o niej zaraz będzie), ale mam dzisiaj takie właśnie niewesołe przemyślenia i wspomnienia w głowie…

„Inna kobieta”. Eric Jerome Dickey.

Książka, którą podesłała mi Judytta, a o której wcześniej mogłam już poczytać na jej blogu.

Książka, która na pewno nie poprawia nastroju, ale która daje do myślenia na temat związku.
Historia zapewne banalna, jak świat, czyli ona i on, małżeństwo od paru lat.
Mieszkają w Los Angeles. On jest nauczycielem, ona pracuje w wydaniu wiadomości. Przez większą część dnia po prostu się nie widzą, mijają się w biegu. Czasu starcza na niewiele, szczególnie na tworzenie tak zwanej małżeńskiej więzi. Ledwie na dość pospieszny seks, a i to nie zawsze, bowiem ona wraca do domu na ogół dobrze po północy a on przecież rano wstaje do pracy w szkole.
No, ale przecież tak wygląda współczesne życie. Ten ciągły pęd, ten zamęt, to dążenie do bycia najlepszym albo po prostu, to świadomość, że bierzemy udział w wyścigu szczurów i na nasze miejsce jest tysiąc chętnych a przecież trzeba opłacić kredyt, szkołę dla dzieci itd itp.
Nasi bohaterowie nie mają dzieci. Ona nawet nad tym myśli, ale na razie pozostaje to tylko w sferze jej rozważań.
Do dnia, kiedy odbiera od obcego mężczyzny całkowicie idiotyczny telefon. A ów obcy mężczyzna wyznaje jej brutalnie "Moja żona pierdoli się z twoim mężem".
I od tego telefonu nic już dla niej nie będzie takie same.
Nieważne, że mąż w rezultacie stara się lekceważyć porzuconą (jak się potem okaże w dość ohydny sposób) kochankę, którą przedstawia, nie całkiem zresztą szczerze, jako nic nie znaczący epizod w jego życiu. Ot, kobietę, z ktorą uprawiał seks, bo własna żona zaniedbywała go emocjonalnie…
Życie naszej bohaterki nagle staje…Dzieli się na pół na życie przed telefonem od męża kochanki i na życie po nim. I nic już nie będzie takie samo.
To nie jest miła książka. To nie jest książka pocieszająca, że w życiu zdarzyć się może coś sprawiedliwego i miłego. To książka o tym, jak w zawirowaniu świata możemy się pogubić. Albo jak ktoś kompletnie niesprawiedliwie przyprawi nam rogi tylko dlatego, że ma nadmiernie wydumane ego i w danej chwili wydaje mu się, że poświęcamy mu za mało czasu.
To książka ociekająca seksem, emocjami i chęcią zemsty. Która to zresztą w jakiś sposón jednak się spełni.
Tylko, czy zemsta jest w tym momencie najlepszą opcją na jaką bohaterowie takiej sytuacji powinni się decydować?
Osobom, które przechodzą jakiś kryzys związku, niekoniecznie ją obecnie polecam, właśnie ze względu na dość pesymistyczny wydźwięk. Chyba, że ktoś chce upewnić się, czy sygnały, znaki, jakie odbiera od partnera , są tymi, które podejrzewa.
Mnie się książka podobała, aczkolwiek, jak pisałam wcześniej, nie należy do kanonu książek, które poprawią humor…

A bułkę przyniosła?

Zdawał się pytać wróbel spotkany przy Barbakanie. Tak, wróbel, a nie Mazurek. Tak mi się przynajmniej wydaje, po sprawdzeniu w atlasie ptaków. Ucieszyłam się, bo jak Wiecie, teraz w miastach wróbli jest znacznie mniej, a ja mam do nich sentyment…
Ogromnie dużo ich było i pozowały do zdjęć wyraźnie rozczarowane brakiem bułeczki. (Która byłaby , gdybyśmy wiedzieli, że one tam przesiadują w oczekiwaniu na okruchy).


„Transamerica”. Reż. Duncan Tucker.

Jeden z ciekawszych filmów, jakie widziałam. Może dlatego, że nie jestem wielką fanką amerykańskiego kina, bo generalnie kojarzy mi się głównie (nie twierdzę, że tylko!) z komercyjnym. A tu przyjemne zaskoczenie. Coś, co lubię, czyli film z tak zwanym klimatem czegoś nieuchwytnego, coś, co mogłoby powstać w Europie śmiało. Tak zwane kino bez strzelaniny, za to zmuszające do myślenia, refleksji.
Bohater/ka "Transamerica" to Amerykanin, który jako transwestyta zamierza poddać się upragnionej operacji zmiany płci, aby nareszcie stać się fizycznie kobietą, którą czuje się od zawze psychicznie.
Żyje w dość ubogiej części Los Angeles, a zarobione przez siebie pieniądze oszczędza na operację zmiany płci.

Na tydzień przed mającą się odbyć operacją odbiera zagadkowy telefon. Otóż dowiaduje się, że jego syn , o którego istnieniu nie wiedział, ma poważne kłopoty z prawem, przebywa w areszcie w Nowym Jorku.
Początkowo Bree zamierza zlekceważyć sprawę , jednak zostaje zaszantażowana przez swoją terapeutkę, która grozi, że nie podpisze jej ostatniej zgody na operację, jeśli nie zdecyduje się spotkać z synem.
Bree udaje się więc do NY, zabiera chłopaka z aresztu i ruszają w drogę.
Mały szczegół. Bree nie zwierza się chłopakowi ani z tego, że jest transwestytą, ani z faktu bycia jego ojcem. Młody Toby sądzi, że kobieta, która mu pomaga, jest z któregoś z amerykańskich kościołów.
I tak oto, ta para, w której każdy nie do końca mówi o sobie prawdę, rusza autem przez całe Stany, aż do Los Angeles.
Ta droga pozwoli im lepiej się poznać, chociaż o zrozumienie będzie trudno.
Jednak, pozwolę sobie uchylić rąbka tajemnicy, zakończenie będzie optymistyczne.
Muszę przyznać, że nie oglądam serialu "Gotowe na wszystko", w którym gra  Felicity Huffman czyli chcąca zmienić swoje życie Bree, jednak muszę przyznać, że w tej roli wspięła się na wyżyny mistrzostwa.
W jej grze nie ma ani grama śmieszności, ani grama sztuczności. Jest wiarygodność i to, czego oczekuję od aktora. Umiejętność poruszenia emocji.
Podobał mi się ten film i tym , którzy mają ochotę na dość nietypowe kino drogi, śmiało go mogę polecić.

wczorajszy dzień…

był z cyklu "dzień, w którym mało co się ma udać" i "co ma ci wylecieć z łap, z pewnością z nich wyleci". Znacie takie? Jeśli nie, to zazdroszczę, jeśli tak, to nie muszę tłumaczyć, jak "poprawia nastrój" taki dzień.
Dopiero wieści, jakie otrzymałam wieczorem poprawiły mi nieco nastrój. Narodził się nowy człowiek, córa, bardzo, bardzo wyczekana i bardzo upragniona. Ktoś otrzymał nieco spóźniony Mikołajowy prezent;)) Bardzo się cieszę, bo kibicowałam mocno tym narodzinom i mocno miałam nadzieję, że się wszystko ułoży.
I takie wieści lubię. O nowym życiu, o nadziei, która z takim wydarzeniem zawsze nieodłącznie (przynajmniej dla mnie) jest związana…
W nocy jednak nie spałam dobrze. P. chrapał okrutnie a ja miałam wrażenie, że jestem pomiędzy snem a jawą, co zaowocowało jednak złym snem. Wstałam zadowolona, że to już dzień…
W piątek wysłaliśmy też już kartki świąteczne za granicę , wraz z paroma przesyłkami do znajomych. Ponieważ znajomi rozsiani są po całym świecie, poszło w jednym pakiecie (równa się= jedno wystanie się na poczcie).
Polskie wyślę za jakiś czas. Wystarczy tylko nalepić na nie znaczki i wrzucić do skrzynki.
Czuję się jakaś wymęczona i wymięta…

i tak, wiem…

…że jestem ponad normę ckliwa wstawiając sobie jako dzwonek do telefonu tę piosenkę, którą lubię chyba najbardziej ze świątecznych pakietów obcojęzycznych (nasze , polskie kolędy są w osobnej kategorii, nie porównuję ich z anglosaskimi)…Ta piosenka przynosi ze sobą strasznie dużo dobrych wspomnień i emocji…do tego stopnia silnych, że mam łzy pod powiekami słysząc ją…


wyszukiwarki mają moc…

a tak w ogóle, to jesteśmy jedną wielką niewiadomą…
Mam czasem taki kaprys, że wrzucam sobie w google nazwiska osób z klasy. Nie , żebym chciała z nimi nawiązać zerwany kontakt, ale jestem ciekawa, czy znajdę ich w googlach i co robią.
I tak dowiaduję się, że M. pracuje w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej i działa w departamencie ds kobiet, rodziny i przeciwdziałaniu dyskryminacji , J. został tłumaczem i prawdopodobnie niebawem zamówię książkę przez niego właśnie tłumaczoną, a dziewczyna, nazwijmy ją M2, której eksperymenty ziołowo chemiczne nie były obce i ogólnie lubiła poszaleć,  jednak przebrnęła przez ASP , została plastykiem i teraz doradza, jak to rodzice i dzieci mają razem malować ściany w dziecięcych pokoikach;)
Dwójka pierwszych kompletnie mnie nie zaskoczyła. M. zapowiadała się na kogoś, kto właśnie w tego typu działalności się odnajdzie. J. również, tym bardziej, że został tłumaczem tego samego języka co matka (nie angielskiego;)…ale M2. zaskoczyła mnie totalnie…
Szkoda, że większość babek pozmieniało nazwiska po wyjściu za mąż, bo też ciekawi mnie, co tam się z nimi stało…