odnotuję ten fakt. Kto by pomyślał, że kiedyś sama będę tego świadkiem jeśli chodzi o Polskę? Dawno, dawno temu, kiedy w liceum jechaliśmy autokarem do Francji, wystaliśmy się na polsko-niemieckiej granicy, aby potem niezauważalnie dotrzeć do miejscowości, w której zatrzymywaliśmy się na dłuższy czas…Granice minęliśmy niezauważalnie…A teraz będzie tak, kiedy będziemy chcieli wyjechać z Polski do innego kraju w Unii (wiem, że na razie nie do wszystkich)…
Ciekawe tylko, czy w dobie terrorystycznych ataków to zda egzamin? Hmmm…bądźmy dobrej myśli.
Jeszcze tylko kwadrans i …Europa bez granic;)
Reniferki;)
A to jest coś, co mnie chwilowo zbija z krzesła ze śmiechu za każdym razem, kiedy to widzę:) (podobnie, jak jeszcze ta z paśnikiem i wyrażonkiem "eleganska, finlandzka"). Uwielbiam te Reniferki;) poprawiają mi humor za każdym razem, kiedy je widzę.
i silną wolę…
…wywiało;) Uprasza się osoby będące na diecie o nieczytanie poniższego wpisu. Może zaboleć;))
W okresie przedświątecznym P. otrzymuje rozmaite prezenty świąteczne od firm współpracujących z nim. I tak, oprócz tradycyjnych win (pycha;), trafiają się kosze delikatesowe albo coś bardziej trwałego, jak cudowne filiżanki z uszkami w kształcie anielskich skrzydeł, które to stały się naszymi ulubionymi do picia sobotnio-niedzielnej wspólnej, celebrowanej kawy.
Wczoraj znowu coś przydygał, oprócz wina, niestety była tam bombonierka wedlowska, nazywa się chyba Maestria, z czekoladkami, pralinkami właściwie. Oj, no i moja silna wola została wystawiona na próbę, z której już wiem, że wyjdę przegrana.
O ile czekoladę zwykłą jestem w stanie omijać, bowiem nie powinnam jej jeść (alergia) to takie pralinki, niestety , zawsze powodują, że moja silna wola oddala się w bliżej nieznanym kierunku…Tak też jest i tym razem, niestety. Wczoraj już jedną pożarłam, a dzisiaj na pewno skosztuję następną.
A co się będzie dziać przy stole świątecznym? Ach, wolę nawet nie myśleć.
Muszę się już do Świąt czuć super dobrze, żeby potem na spacerach po Świętach chociaż mieć złudne poczucie , że zrzucam zbędne kilogramy…
no, to sobie polatałam…
tak, jak wcześniej nigdy nie śniło mi się, że lecę we śnie, tak parę tygodni temu przyśnił mi się lot w pudle. Kartonowym, jak zapewne pamiętają wierni czytelnicy:)
Dzisiaj miałam bardzo dziwne sny. Najpierw cofnęłam się sporo w czasie i znowu spieszyłam się na wykłady. Tkwiłam na przystanku autobusowym i już wiedziałam, że się spóźnię na wykłady. "Cudowne" uczucie. Autobus bowiem nie nadjeżdżał i nie nadjeżdżał…
Za to potem śniłam, że lecę. I to już tak całkiem sama z siebie. Leciałam nad Warszawą, sterowałam swoim lotem. Fajnie było tak po prostu przyjąć, że się lecieć umie. I to pisze zodiakalna Ryba!;)
„Kochanica Francuza”. John Fowles.
To druga książka Fowles’a, jaką czytałam. Wcześniej była to jego książka "Mag", która zrobiła na mnie wielkie wrażenie i jest jedną z tych książek, o których wiem, że będę do niej wracać. Cóż, nie jest tajemnicą, że również ze względu na wyspę grecką, na której dzieje się akcja książki.
Tym razem sięgnęłam po "Kochanicę Francuza", która mnie intrygowała swoim tytułem. Wiem, że bardzo dawno temu oglądałam film na podstawie tej książki ze wspaniałą rolą Meryl Streep i bardzo mi się podobał, jednak kompletnie go nie pamiętałam, więc i lektura była nowością.
I nie zawiodłam się na niej. Lubię książki, których autorzy w ten czy inny sposób "bawią się" z czytelnikiem, którzy książką prowadzą rodzaj gry z nami. Ta książka jest tego przykładem. Napisana jak najbardziej współcześnie stanowi niesamowitą grę na temat powieści wiktoriańskiej z całym jej słownictwem, ze wspaniałym odtworzeniem ówczesnej mentalności, zachowań ówczesnych ludzi, z przekrojem ówczesnego społeczeństwa z jego wadami, grzeszkami i zakłamaniem, oraz swoistą naiwnością. Jednak to wszystko, całość książki, niesamowicie pasuje do tego, co widzimy obecnie, ubrane jednak to wszystko w nieco bardziej nowoczesne szatki. Bo i zakłamanie podobne i swoisty handel, jaki dzień w dzień prowadzą ze sobą ludzie, kobiety i mężczyźni, aby uzyskać wymarzony, upragniony cel.
Sama historia przedstawiona w "Kochanicy Francuza" trąci banałem, (czyż jednak czasem życie nie rozbraja nas swoją banalnością właśnie??), albowiem mamy tu do czynienia z arystokratą, który zaręczył się niedawno z bogatą panną (a jednak, ma ona skazę, jest, ach, cóż za niefart, tylko córką kupca, bogatego, to fakt, ale jednak kupca!;). Ów arystokrata ma plany aby ustatkować się, w tym celu właśnie chce założyć rodzinę. Panna wydaje mu się dobrą towarzyszką, owszem , jest nieco dziecinna, wciąż przecież to dziecko prawie, może nieco głupiutka, ale jej posag wraz z tym, że dobrze spędza mu się z nią czas, obiecuje stabilizację i dostatnie życie. Czegóż chcieć więcej?
Karol, nasz bohater, udaje się z narzeczoną na wakacje, do jej ciotki, poza Londyn, i tam oto spotyka na swje drodze Tragedię, jak nazywają ją nie chcący plugawić swego języka ludzie, a dziwką bądź kochanicą Francuza, ci, którzy o język swój i jego plugawienie nie dbają.
I tak oto owa banalna historia zaczyna się rozwijać. Karol, początkowo niezainteresowany, odczuwa coraz większe zaciekawienie dotyczące osoby Kochanicy Francuza, wraz z tajemniczą historią jej towarzyszącą. Nie ma co ukrywać, nagle zaczyna go owa tajemnicza kobieta intrygować i oto Karol rusza maleńki kamyk, jaki stanie się początkiem lawiny, która zmiecie wszystko to, co do tej pory usiłował zbudować.
Podobało mi się, że Fowles bawi się z czytelnikiem, że daje alternatywne zakończenie książki, że stworzył tak smakowite postaci historii, tak przerysowane, że aż prawdziwe właśnie (bywa tak), że na równi traktował zarówno postaci główne jak i te w tle, a to lubię właśnie, bo stanowi o tym, na ile dana książka mnie interesuje.
Fowles tworzy książkę, która niby traktując o banalnej historii , ma nam za zadanie zakomunikować coś ważnego. Co? O tym dowiecie się w trakcie lektury lub tylko sięgając po nią i odczytując parę ostatnich zdań książki.
Podobała mi się i polecam!
kolejne kartki…
napływają i pierwsze przesyłki. Czuję się totalnie rozpieszczona;) Słodko-książkowa (niewydany u nas Murakami, czyli "Blind Willow, Sleeping Woman"!) przesyłka od Chihiro, japońskie akcenty w przesyłce od przyjaciela z Japonii, urocza karteczka z wierszykiem dla mnie napisanym od Tani, i życzenia z Grecji -takie to oto dobra dzisiaj mi łaskawa poczta dostarczyła…Oj, jak się cieszę.
Żeby tylko kartki ode mnie nie zawieruszyły się na pocztach i dotarły do adresatów…
odcięta od netu…
zostałam dzisiaj na parę godzin. Chyba jednak przywiązałam się do netu hehe, bo , nie ukrywam, irytowało mnie to, że nie mogę na niego się dostać.
Od soboty walczę z jakimś podziębieniem. Wcześniej zmagał się z nim P. Myślę, że jednak złapałam od niego. Mam nadzieję, że się do Świąt całkiem wykuruję.
Otrzymałam dzisiaj na konto, które znają praktycznie znajomi, podejrzaną kartkę niby to z onetu. Od razu wydała mi się podejrzana. Pewnie przez pracę P. jestem wyczulona na bezpieczeństwo w necie, więc kartka od nieznanej osoby wzbudziła moje podejrzenie. P. przyjrzał się jej na swoim kompie i potwierdził, że jest "malware", czyli jak mi wyjaśnił, w tym przypadku program do wykradania haseł.
Niektórzy naiwnie nabierają sią na kartkę z nadawcą "sympatia, kochanie" i instalują sobie oprogramowanie (czego domaga się owa kartka przed jej otwarciem), a potem to już jeden krok do utraty swoich haseł do komputera, kont bankowych itd.
Uważajcie na emaile czy e-cards od nieznanych nadawców, bo pomysłowość przestępców nie zna granic…
„Krucjata Bourne’a”. Reż. Paul Greengrass.
Lubię ciekawe filmy akcji, takie, przy których nie czuję się totalnie odmóżdżona i drugi film z cyklu o Bourn’ie taki właśnie jest. Czekam z niecierpliwością, aż obejrzymy trzecią część.
Zła tylko byłam, że w tej drugiej części tak mało jest Franki Potente, którą lubię, niestety, ze zrozumiałych względów.
W tej części Bourne wraz z Marie stara się izolować i pędzić niby to zwykłe życie, gdzieś daleko. Jednak, niestety, jak to w życiu, nie da się odizolować od przeszłości, szczególnie takiej, jaką miał Bourne.
Przeszłość więc sama zapuka do ich drzwi, co zaowocuje wielką ucieczką bohatera połączoną z tytułową krucjatą i wyjaśnieniem paru niejasnych dotąd spraw dotyczących jego przeszłości.
Do tego super pościgi, między innymi ekstra ten ulicami Moskwy, różne takie, które niezbędne są do dobrego filmu sensacyjnego i dla lubiących tego typu filmy przyzwoita rozrywka na jesienno-zimowy wieczór.
Mnie się podobał;)
bo czasem jest tak…
, że przeszłość wraca się i kopie nas po tak bardzo zepchniętych w niepamięć emocjach. A raczej tam, gdzie tak bardzo chciałoby się tą przeszłość zakopać, gdzieś w głębi nas, naszej duszy.
I to jest wtedy, kiedy zastanawiasz się, czy dobrze było w przeszłości mieć te cudowne, wspaniałe chwile, kiedy na pytanie ‚czy jesteś szczęśliwa’ bez wahania powiedziałabyś, że tak…bo kiedy one odeszły i stają się przeszłością, o ktorej chcesz zapomnieć na zasadzie, żeby nie myśleć, nie wspominać i nie cierpieć…Bo po drodze coś się stało, coś co zmieniło całą sytację i już to jest właśnie coś, o czym się nie myśli, bo wiesz, że tak już nigdy nie będzie, nigdy nie wrócą się tamte znajomości, o których myślałaś, że na zawsze, tamte przyjaźni, te z opowieści, które przetrwały tyle łez, płaczów, wsparcia a potem pewnego dnia okazało się, że nie wytrzymały…z przyczyn niewiadomych do dziś dnia.
I nagle okazuje się, że tamta strona ma dokładnie takie same, jak ty uczucia, że nagle, być może przed Świętami, wyszło z jej duszy całkiem podobne uczucie, jak twoje własnie…
Strasznie zagmatwany wpis. Wybaczcie. Jest pisany na gorąco.
Nie będę nawet umiała go skomentować, po prostu zapisałam myśli, które telepią mi się po głowie…
będziem sobie…
wróżyć pogodę;)
Zawzięłam się, że w tym roku uda mi się zaobserwować pogodę przez całe 12 dni od dzisiaj, czyli od Świętej Łucji.W ten oto sposób zobaczę, czy sprawdza się powiedzenie, że można zobaczyć, jaka będzie pogoda na nadchodzący rok…
Kiedyś się w to bawiłam, ale nie udawało mi się przyskrzynić wszystkich dni (zapominałam;). Może w tym roku się uda;)
