wróżyć pogodę;)
Zawzięłam się, że w tym roku uda mi się zaobserwować pogodę przez całe 12 dni od dzisiaj, czyli od Świętej Łucji.W ten oto sposób zobaczę, czy sprawdza się powiedzenie, że można zobaczyć, jaka będzie pogoda na nadchodzący rok…
Kiedyś się w to bawiłam, ale nie udawało mi się przyskrzynić wszystkich dni (zapominałam;). Może w tym roku się uda;)
„Moje drzewko pomarańczowe”. Jose Mauro de Vasconcelos.
Dawno nie czytałam tak poruszającej i pięknej w swej wymowie książki. Tak mądrej, ciepłej i tak prawdziwej, nie zakłamanej. Ani słowa sztucznego, ani słowa nieprawdziwego. Pewnie dlatego, że widać, że to po prostu kawałek wspomnień autora…….
Uprzedzam o jednym tych, którzy nie czytali.
To nie jest książka poprawiająca nastrój. Po raz kolejny dumam (Tani, pamiętasz, jak w emailu o tym rozprawiałyśmy), że dlaczego jest tak, że jak książka mądra, dobra, to zawsze o czymś smutnym, przgnębiającym musi być?
Nie ma książek czy filmów dobrych a wesołych i pokrzepiających? Są, ale mało, wiem.
Ostatni raz spłakałam się tak na "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze", "Moście do Terabithii", a wcześniej na "My sister’s keeper" i "Halo, Pan Bóg? Tu Anna", którą to nawiasem mówiąc, bardzo Wam polecam, tu oto link do tej taniutkiej, jak widzicie, a poruszającej książki:
http://merlin.pl/frontend/browse/product/1,231334.html
"Moje drzewko pomarańczowe" opowiada o brazylijskiej rodzinie z pięciorgiem dzieci i ich życiu. Opowiadana jest ona z perspektywy sześcioletniego chłopca, głównego bohatera, Zeze.
Matka Zeze jest niewykształcona, za to zarobiona, bowiem, po utracie pracy swego męża, ma na utrzymaniu całą tą liczną gromadkę.
Dzieci wychowują się na zasadzie "najstarszy niańczy najmłodszego", wskutek czego już sześcioletni Zeze czuje się odpowiedzialny za najmłodszego braciszka.
Jedno trzeba przyznać, mimo biedy, rodzina stara się zapewnić dzieciom wykształcenie, przynajmniej w stopniu podstawowym.
Zeze, bohater książki, jest dzieckiem jak to się mówi, żywym srebrem. Jak to dzieciak, trochę psoci, trochę się wygłupia. Jednak w rodzinie mówią o nim, że siedzi w nim diabeł i zapewne, aby owego diabła z dziecka wygonić, mały jest często bity. Lanie, to dla Zeze niestety, powszednia sprawa.
Niestety, nazywając rzeczy po imieniu, wobec Zeze rodzina, szczególnie ojciec, stosują często przemoc. Nie wiem, być może tak wyglądało kiedyś wychowywanie dzieci. Dzisiaj jednak jest spory sprzeciw wobec kar cielesnych (i dobrze, sama jestem wielką ich przeciwniczką).
Tak więc niestety, dzieciństwo Zeze nie jest usłane różami i nie jest na pewno modelowym dzieciństwem, które nie wie, co to troski i zmartwienia.
Jednak nie jest tak, że Zeze nie jest kochany, ma siostrę, która zawsze staje w jego obronie i również pozostali członkowie rodziny nie są dla niego nieustannie niedobrzy. Chłopiec jednak nie czuje się szczęśliwy i odczuwa ogromne łaknienie miłości, dobra i czułości.
Może dlatego tak chętnie opowiada o swoim życiu swojemu nowemu przyjacielowi, małemu drzewku pomarańczowemu, jakie rośnie w ogrodzie nowego domu, do którego trzeba było się wynieść po nie opłacaniu czynszu w poprzednim.
Może również dlatego to małe dziecko tak łaknące czułości i miłości tak bardzo chętnie i szybko przywiąże się do nowego przyjaciela, niejakiego Portugala.
To Portugal, sam mając już odchowaną córkę, stanie się dla małego Zeze jak ojciec. Dobry, cierpliwy, kochający i czuły.
Nie, nie stanie się happy end. Życie po raz kolejny pokaże, że truistycznie mówiąc, "biednemu wiatr zawsze w oczy"…a szczęście ma tylko parę chwil.
Można oczywiście powiedzieć, że dobrze, że na drodze małego Zeze w ogóle choć na chwilkę stanął Portugal. Bo to na pewno zmieniło małego chłopca, dodało mu sił. W końcu, zmobilizowało o parędziesiąt starszego człowieka do napisania książki.
Jednak książka kopie po emocjach i na pewno powoduje łzawienie u jednostek co wrażliwszych.
Mimo to, jeśli chcecie przeczytać coś naprawdę wyjątkowego, to szczerze Wam ją polecam!
czekolada domowymi sposobami…
…o stanie wojennym, a raczej swoich wspomnieniach na jego temat pisałam chociażby dwa lata temu, o tu:
http://chiara76.blox.pl/2005/12/Troche-pamietam-z-tamtego-grudnia.html
Lata płyną. Przed chwilą w Jedynce radiowej słyszałam po raz kolejny fragment przemówienia ówczesnego, jakie wygłosił do narodu Jaruzelski i tak sobie myślę, że jednak pamięć ludzka krótka jest. Już się nie pamięta, jaki był wtedy syf, jak starano się nam w głowach przewrócić, wcisnąć ciemnotę.
Zaraz pojawią się nieśmiałe głosy, że w ogóle to Jaruzelski wprowadził nam stan wojenny charytatywnie, bo przecież ciemny naród mógł się pozabijać (z tej miłości zapewne).
Tak, jestem cięta na ten kawałek historii, mimo, że nawet wielce nas osobiście nie dotknął.
Tylko czemu dziś , jak tak się zasłuchałam po raz kolejny w to niby to pełne troski gruchanie Jaruzelskiego do narodu, przypomniałam sobie Mamę, która wróciła z pracy w jedną z sobót pracujących w moje Imieniny, zganiania, zdenerwowana i zmęczona życiem. Bowiem ZOMO zorganizowało pałowanie i gazowanie ludzi demonstrujących z okazji Święta, które komuna starała się zagrzebać głęboko w niepamięci.
Na szczęście wtedy mojej Mamie, która stała na przystanku, i miała pecha znaleźć się przypadkowo w oku demonstracji i ataku ZOMOwców nic się nie stało. Po prostu ludzie zaczęli uciekać i Mama wraz z nimi…
Ale gdyby wtedy coś jej się stało, zostałabym prawie sierotą, jako, że ojciec by się mną nie zajął…ale co to obchodziło kogkolwiek? Naród się pizgał i trzeba było dać mu w mordę.
Nie wiem, może to efekt książki, jaką wczoraj pochłonęłam (o niej zaraz będzie), ale mam dzisiaj takie właśnie niewesołe przemyślenia i wspomnienia w głowie…
