wczorajszy dzień…

był z cyklu "dzień, w którym mało co się ma udać" i "co ma ci wylecieć z łap, z pewnością z nich wyleci". Znacie takie? Jeśli nie, to zazdroszczę, jeśli tak, to nie muszę tłumaczyć, jak "poprawia nastrój" taki dzień.
Dopiero wieści, jakie otrzymałam wieczorem poprawiły mi nieco nastrój. Narodził się nowy człowiek, córa, bardzo, bardzo wyczekana i bardzo upragniona. Ktoś otrzymał nieco spóźniony Mikołajowy prezent;)) Bardzo się cieszę, bo kibicowałam mocno tym narodzinom i mocno miałam nadzieję, że się wszystko ułoży.
I takie wieści lubię. O nowym życiu, o nadziei, która z takim wydarzeniem zawsze nieodłącznie (przynajmniej dla mnie) jest związana…
W nocy jednak nie spałam dobrze. P. chrapał okrutnie a ja miałam wrażenie, że jestem pomiędzy snem a jawą, co zaowocowało jednak złym snem. Wstałam zadowolona, że to już dzień…
W piątek wysłaliśmy też już kartki świąteczne za granicę , wraz z paroma przesyłkami do znajomych. Ponieważ znajomi rozsiani są po całym świecie, poszło w jednym pakiecie (równa się= jedno wystanie się na poczcie).
Polskie wyślę za jakiś czas. Wystarczy tylko nalepić na nie znaczki i wrzucić do skrzynki.
Czuję się jakaś wymęczona i wymięta…