„Zapalniczka”, Joanna Chmielewska.

Hura! Wreszcie powrót do "starej, dobrej" Chmielewskiej i tej chmielewszczyzny, którą lubię.
Uśmiechnęłam się sporo razy, sporo razy porechotałam, jak to powinno być podczas lektury książek Chmielewskiej, no i miałam fajną lekturę.
Akcja książki zaczyna się w domu Chmielewskiej, która po powrocie z podróży zagranicznej , odkrywa z irytacją, że z jej domu zniknęła pamiątkowa, ulubiona i obdarzona sentymentem, zapalniczka, którą otrzymała od dawnych znajomych.
Prywatne śledztwo, które przeprowadza wśród bywających podczas jej nieobecności znajomych, wykazuje, iż prawdopodobnie zapalniczka została skradziona przez ogrodnika, z którym nawiasem mówiąc , Chmielewska ma na pieńku.
Zostaje wysłana ekipa, która ma się wywiedzieć , co z zapalniczką i odzyskać ją, jednak okazuje się, że misja może nie być tak łatwą, jaką się zdawała, jako, że na miejscu, ekipa zastaje ni mniej ni więcej, a zwłoki owego ogrodnika złodzieja.
Od tej pory akcja zaczyna się gmatwać i plątać, jako, że ekipa na miejscu zostaje zastana przez siostrę denata, która przekonana jest o winie pani , która w ekipie wystąpiła.
Zaczyna być naprawdę zabawnie;)
I tak jest do końca książki…
Polecam!

filozofowanie świąteczne…

takie tam przemyślenia po pierwszym dniu Świąt…nie pytajcie, czemu takie i teraz. Bywa.

Po pierwsze, każdy z nas skrywa jakieś tajemnice, sekrety bądź sprawy, o których nie chce mówić każdemu. Wiem, truizm. I dlatego nie popełnię książki w stylu Coelho, moim zdaniem składającej się głównie z truizmów. Ale jakoś dzisiaj to zrozumiałam.

Druga myśl. Życie pisze scenariusze…różne. Jedne lepsze , drugie gorsze. I czasem masz wrażenie, że te najlepsze, najpiękniejsze, przeszły ci koło nosa. A jeszcze gorzej bywa, kiedy masz wrażenie, że scenariusz, który bardzo ci pasował, w którym masz wrażenie, że się odnajdziesz, w którym odnajdujesz spełnienie swoich marzeń, zamierzeń sprzed lat, realizuje sobie ktoś zupełnie inny…bywa. Taka przewrotność losu;)
Nie chcę, żeby to zabrzmiało strasznie smutno. Prawdę mówiąc, nie miałam takich zamiarów. Ot, refleksja. Może spowodowana gorszą aurą…myślę, że jeśli jestem tu, gdzie jestem i robiąc to, co robię, zwyczajnie nie odkryłam jeszcze do końca sensu "mojego" scenariusza.
Kończę, bo chyba zaczynam bredzić;)