Wpis Tani w mojej notce o "Księżniczce i Wojowniku", ten ostatni, natchnął mnie do tego wpisu. Pomyślałam sobie, że nazwała fantastycznie to, co ja odczuwam za każdym razem, kiedy go oglądam (a jak Wiecie, to mój teraz ulubiony film , obejrzany niezliczoną już ilość razy). Za co go lubię? Za ten optymizm, jaki z niego bije. Za to, że może nie aż tak klimatycznie dziwny, jak to Tani określiła, ale film jest pełen dziwnych ludzi. To taka galeria postaci niezwykłych, których być może nigdy nie spotkamy a być może znamy całkiem blisko. Lubię "Amelię" za to, że nieustannie przypomina mi, że warto otworzyć się na innych, nawet jeśli na samym początku wydadzą nam się dziwakami…Być może żyjącymi zupełnie inaczej, niż my. Lubię "Amelię" za to, jak Amelia wymyśla w nim sposoby na poprawienie ludziom życia, jak umie znaleźć ten bolesny punkt w życiu każdego z nas i położyć na nim plaster…
Podoba mi się, że w "Amelii" bohaterka znajduje przyjaźń (z niewychodzącym nigdy z domu malarzem), że również znajdzie kogoś, kto choć trochę przypomina ją i tak, cieszę się, że znajduje miłość;) Bo dziwnym trafem , jej życie nie będąc owym poszukiwaniom podporządkowane, jednak kończy się happy endem (który, nie ukrywajmy, że kusi i nęci;).
Kiedyś już to pisałam na forum, ale powtórzę się, chciałabym mieć taką przyjaciółkę, jak Amelia……..
