„Rzymska Opowieść”, reż. Bernardo Bertolucci

Czyli tak zwane kino artystyczne. Pewnie dlatego na merlinie ten film jest w cenie około 20 złotych a mnie się udało go nabyć za cenę…10 złotych. Nie na takie filmy i nie na takie kino jest wzięcie w dzisiejszych czasach. Nie ma tu siekaniny, strzelaniny, a goła pierś pojawiła się raz i w dodatku na bardzo krótko. A ja lubię takie filmy i jestem zadowolona, że udało nam się go obejrzeć.

Film toczy się wolno, nie ma tu niespodziewanych zwrotów akcji, można by nawet powiedzieć, że niby dzieje się coś a jakby nic się nie działo. Ale jednak coś się dzieje. W starym domu w samym centrum Rzymu (widok z tarasu na dachu na Schody Hiszpańskie !!!) mieszka dwoje ludzi, właściciel, pan Kinsky i uciekinierka z któregoś z afrykańskich krajów, Shandurai, która w Afryce pozostawiła uwięzionego męża uwiklanego w sprawy polityczne. Studentka medycyny na rzymskiej uczelni, zarabia na życie utrzymywaniem w czystości domu pana Kinsky’ego. On wydaje się samotnikiem. Praktycznie nikt go nie odwiedza, oprócz uczniów, którym udziela lekcji muzyki, jest bowiem kompozytorem i dobrym pianistą. Ona, Shandurai, wydaje się nie mniej samotna. Tych dwoje zacznie z czasem łączyć coś więcej, jakaś niezwykła gra uczuć, emocji, odczuć, wrażeń, a wszystko to pośród muzyki klasycznej i afrykańskich rytmów…Film bez konkretnego zakończenia, taki, jak lubię, film, który nie mówi łopatologicznie co będzie kiedy nastąpią pewne wydarzenia, to film, który zmusza do myślenia, do refleksji, który swoim rytmem potrafi i uspokoić na chwilkę i pobudzić do zastanowienia się nad sobą, nad swoimi relacjami z najbliższymi zdawałoby się osobami, jakimi są dla nas nasi partnerzy, to film, który jest nieco przewrotny, a przynajmniej mnie się tak wydaje. Tu mieszają się i tasują emocje, tu tasują się nasze przekonania o własnej etyce…To dobry film i miłośnikom kina niebanalnego, artystycznego, niekoniecznie łatwego emocjonalnie, śmiało mogę ów film polecić.

Pan Nakato rozmawia z kotem…

…czyli w dodatku kulturalnym do "Dziennika" fragment książki mojego ulubionego pisarza, Haruki Murakami…(z bardzo smakowitymi ilustracjami Kota autorstwa Rafala Szczepaniaka). Już się nie mogę doczekać na książkę "Kafka nad morzem", a to dopiero 25 stycznia…to jeszcze TYLE dni!

Fragment książki zapowiada smakowitą lekturę, a akurat ten fragment powinien przypaść do gustu kociarzom wszystkim, jako, że jest to rozmowa z kotem. W dodatku tłumaczka ta sama, która tłumaczyła większość jego książek a której tłumaczenia bardzo mi do gustu przypadły, mianowicie Anna Zielińska-Elliott. Cieszę się więc na ucztę literacką, jaką będę miała już za …ile? policzmy, 11 dni? no, około, bo kto wie, kiedy książkę uda mi sie dopaść……..

Tak, mam fioła na punkcie książek Murakamiego i nie wstydzę się do tego przyznać. Ludzie mają różne fiołki, a ja taki, wolno mi, a co!:) I tak, nie mogę się już doczekać, kiedy nabędę książę, otworzę pierwszą jej stronę i…zagłębię się w lekturę………

Pewien mądry Pan E. powiedział kiedyś, że "czas jest względny" i miał wielką rację…W przypadku, kiedy czekasz na wymarzoną książkę czas wlecze się wyjątkowo wolno…

Walentynki idą, hej!!!

hej hej, czyli po czym poznaję, że nadciągają Walentynki ? (choć to w kalendarzu za miesiąc). Ano po tym, że statystyki mówią, że na mój blog trafia przypadkowo ileś tam osób szukającw google hasła "piosenki na Walentynki"…a owszem, z rok temu popełniłam takowy wpis komentując całkiem dobrą składankę z tej okazji dodaną do PANI.

To teraz, niech tam, niech szukający znajdą coś więcej. W tym roku, nie wiem, jak w innych pismach, na razie dodali składankę do "Twojego Stylu". Również calkiem przyzwoita (aczkolwiek ta z PANI ciągle bardziej mi się podoba). Nabyłam pismo li i jedynie dla horoskopu chińskiego (co tam dla Smoków się mówi na nadchodzacy chiński rok dzika, świni), a tu płytka. Przesłuchałam. Może być. 10 utworów, więc nie parę na krzyż.

Jak ktoś chce i przejrzeć pismo i poczytać horoskop i posłuchać muzyki, to zapraszam do kiosków.

wczoraj zniknęłam z bloga, bo grałam;)

nie, nie w kasynie;) ten hazard mnie nie kręci. W gierkę. Kompletnie nie jestem maniakiem gier komputerowych. Jedyne, jakie mnie kręcą, to te, w których trzeba wydostać się z pokoju uprzednio zebrawszy jakieś potrzebne do ucieczki przedmioty (ze 3 lata temu taką fajną ktoś nam podesłał, graliśmy razem z P. ) i Samorost. Właśnie te 3 lata temu ktoś też podrzucił mi (chyba B.?) grę Samorost, część pierwszą, a teraz , przyznaję się, wyczytałam w wielką radością na blogu Pentelki, że jest część druga (ona też dowiedziała od kogoś tam z kolei) i …wsiąkłam. Dotarłam sama bardzo daleko, z czego jestem dumna z siebie, jako, że jak na osobę, która kompletnie z grami nie ma nic wspólnego (prawie, samorost przecież:), nieźle mi poszło. Ale pomoc P. wczoraj okazała się niezbędna do wykrycia, jak wyrwać z niecnej pułapki ludka, kiedy już prawie udało mu się wyzwolić pieska…brzmi jak bredzenie, zastanawiacie się, co wzięłam? Nie, nic, po prostu bardzo lubię tę grę. Głównie za animację, niesamowite tło muzyczne i tak zwany całokształt.

Jakby ktoś chciał sobie zagrać, to hucznie polecam:

http://www.samorost.net/samorost2/

na dole strony jest odnośnik do Samorost 1 , jak Wam się spodoba;)

Fado…..

…dzięki pewnej osobie (Benito, ukłon w Twoją stronę)…przypominam sobie właśnie za co lubię Fado…Słucham Amalii i słyszę, jak ona w tym śpiewie śpiewa samą sobie, i chociaż nie znam kompletnie portugalskiego, rozumiem, co śpiewa o Lizbonie, o "mojej" Lizbonie…Może dobrze, że nie znam portugalskiego, słyszę, co chcę słyszeć…daję się ponieść emocjom Amalii śpiewającej chropowatym portugalskim emocje z głębi serca, duszy…..niech płynie Fado, niech płynie i niech przynosi wspomnienia………….

zebra i pingwin…

Przychodzi zebra i pingwin do fotografa.

Zebra mówi:
– Dzień Dobry, chcielibyśmy zrobić sobie zdjęcie.
– Ależ zapraszam – mówi fotograf – Czy fotografia ma być czarno-biała czy
kolorowa?
– A wpierdol byś nie chciał? – odpowiada pingwin.

wczorajsza paczka…


…była od penpalki P. Penpalki, z którą pisał w czasach początków studiów…K. to Amerykanka, jak najbardziej, nauczycielka akademicka, bardzo fajna , wykształcona kobieta (w tym roku stuknęła jej 40stka). Teraz korespondencję z nią prowadzę głównie ja, jako, że P. zwyczajnie nie ma już czasu…

K. jakieś7 lat temu poznała miłość życia, starali się o dziecko, ale poroniła. Bardzo to przeżyła. Potem jednak los zaczął im sprzyjać, zaszła ponownie w ciążę i urodziła bliźnięta. Dzieci jak się okazało , chore. Psychicznie są jak najbardziej zdrowe, jednak fizycznie bardzo poszkodowane, od urodzenia przeszły już sporo operacji. I co się stało? Ano ta wielka miłość życia K. nagle jak się okazało, nie wytrzymała. Po prostu? Przerosło go to. Okazało się, że w amerykańskim śnie nie ma miejsca na chore dzieci. I jak to często w życiu ma miejsc, zwinął żagle i odpłynął w siną dal, a raczej opiekuńcze ramiona innej pani. Która nawiasem mówiąc ma dzieci. Zdrowe.

A K.? Jak to kobieta. Musi dać sobie radę. Nieważne, że często pada na pysk. Przecież musi dać radę. I daje. Bardzo ją za to szanuję i podziwiam. Jest bardzo ładną kobietą i mam cichą nadzieję, że jeszcze kogoś fajnego w życiu spotka. Kogoś, kto zasłuży na miłość jej i Bliźniaków. Kogoś, kto im tą miłość da.

Jedno jest dobre. K. ma wspaniałą rodzinę. Często gęsto wyśmiewa się Amerykanów, że wszystko mają takie zasłodzone, że to tylko w filmach przedstawione są cukrowe rodzinki. A ona ma wspaniałych Rodziców. Nie patrzących amerykańskim mitem, że dorosłe dzieci mają dać sobie radę same. Pomagają jej w opiece nad Bliźniakami. Inaczej pewnie mogłaby zapomnieć o swojej pracy…Ma też wspaniałą Babcię, która skończyła 94 lata, jest całkowicie sprawna i też często zajmuje się synami K.
Może jest tak, że jak w jednym aspekcie życia człowiekowi się nie powiedzie (w tym przypadku-nieodpowiedzialny mąż, którego własne dzieci obchodzą tyle, co zeszłoroczny śnieg), to wynagrodzone jest w innym (tu dobra rodzina)?
Podziwiam K. za to, że jest taka, jaka jest i mam nadzieję, życzę jej, żeby kiedyś uzyskała więcej spokoju i może poznała jeszcze kiedyś kogoś wartościowego…

„Wesele Anny”, Nathacha Appanah.

Na tę książkę natknęłam się przypadkiem, kiedy buszowałam po Empiku w weekend. Zachęcił mnie opis na okładce i fakt, że autorka pochodzi z Mauritiusu i jest prawie moją równolatką.

Ostatnio mam fart do książek opowiadających o relacjach matki i córki. Szczególnie , tych, w rodzinach których z tych, czy innych powodów zabrakło nagle mężczyzny, ojca, męża. Ciekawią mnie te relacje, na pewno dlatego, że sama jestem córką…

Ciekawi mnie, jak opisywane są relacje, te niezwykłe relacje, kiedy pod jednym dachem obok dorosłej kobiety zaczyna rosnąć mała dziewczynka, która potem przeistacza się w kobietę razem z jej nastrojami, humorkami i sekretami. Intryguje mnie, jak relacja matka-córka potrafią się zmieniać, bo czyż nie jest tak, że faktycznie, my córki, owe zmiany nieuchronne, jak przypuszczam, same zauważamy? Ot, chociażby fakt, że od pewnego momentu przestajemy biec do naszych matek z każdym naszym problemem,aby usłyszeć, że "wszystko będzie dobrze" czy to dlatego, że nie chcemy ich martwić, czy to dlatego, że nie chcemy o czymś tam z nimi rozmawiać…owe relacje raz lepsze, raz gorsze, intrygują mnie ostatnio w książkach.

"Wesele Anny" to opowieść o samotnej matce, Soni. Sonia nigdy nie powiedziałą ojcu córki o fakcie narodzin dziecka. Ta emigrantka z Mauritiusu, mieszka od lat we Francji i pracując w kobiecym piśmie, jest również pisarką.
Relacje Soni i jej córki Anny zmieniają się z czasem. Sonia zauważa, jak bardzo różna staje się od niej samej dorastająca Anna, jak bardzo wydaje się ją ta odmienność cieszyć, i jak bardzo martwi to samą Sonię.

Akcja książki dzieje się jednego dnia, dnia Ślubu i bajecznego , jak z książki, Wesela Anny, jednak wspomnienia Soni, tego dnia, opowiadają nam o ich dotychczasowym życiu i relacjach. Sonia jest zaskoczona dość szybką decyzją Anny o Ślubie, ta 23 latka według matki, powinna jeszcze cieszyć się życiem, może wolnością, zasmakować więcej. Decyzja jednak zostaje podjęta i Sonia tego jednego dnia postanawia być taką matką, jak czuje, że Anna chciałaby aby była. I chociaż Sonia wydaje się bardzo przeżywać fakt, że "córka odchodzi" tego samego dnia, a raczej nocy, dowie się, że nie do końca jest tak, jak myślała. Że mimo tych zmian w ich relacjach, są one jednak sobie bliskie…a na pewno nigdy nie przestanie istnieć między nimi więź. Sonię zaskoczy zdanie córki, która powie "Widzisz, mamo, w gruncie rzeczy nie tak bardzo się od ciebie różnię"…i odkryje, że Anna ciagle jednak potrzebuje czasem jej matczynego uścisku, ciepła, tego pocieszenia, że w życiu ułozy się wszystko…

Książka bardzo mi się podobała i polecam ją!

pisząc bloga…

…nie zdajemy sobie chyba do końca sprawy z faktu, że dla kogoś tam , to nasze pisanie może być ważne. Pewnie jeszcze zależy to od bloga i rodzaju myśli tam "wysyłanych". Są blogi i blogaski, oczywiście…ale większość jednak pisze o czymś, o czym chętnie się czyta, do czego człowiek z czasem przywyka, mało tego, rozpoznaje nawet język , styl danego autora…tymczasem niektórzy wątpią w to swoje pisanie i straszą, że przestaną pisać, bo blog przestaje być dla nich ważny…inni nawet nie ostrzegają, a przestają pisać, z dnia na dzień zamykają blog (jak to miało miejsce z Ptychem, co bardzo mnie zaskoczyło)…Tymczasem nagle okazuje się, że być może dla kogoś tam to nasze pisanie jest ważne, z tych, czy innych względów, coś komuś daje, czegoś może w jakimś przypadku uczy.

Niby to nasz blog i nasze decyzje, a mimo to chyba trzeba pamiętać, że inni się przyzwyczajają, że nas w jakiś sposób "lubią" a jak nie "lubią", to się chociażby "przyzwyczaili"…hmmm, takie moje ostatnio refleksje na temat blogów….