wietrznie…

…bardzo, ale wyszliśmy dziś na spacer. O dziwo, było całkiem słonecznie, wiatr wywiał chmurzyska z deszczem, które przyniosły poranny deszcz…
Na spacerze skusiliśmy się na kawę u Bliklego. Irish Coffee, mniam, mniam…Mamy tu niedaleko ich kawiarnię, a jakoś nie wpadliśmy dotąd.  Okazało się, że jest tam spory ruch, co i rusz ktoś wpadał i wychodził z ciachem, ale i zostawali na kawkę , jak i my…Weszła sympatyczna rodzina, ona z trójką mężczyzn, to znaczy mężem i synami. Tata rodziny był bardzo sympatyczny, w ogóle, od razu jak weszli powstał koło nich ruch, ale taki miły, nienachalny, jakaś wielka pozytywna energia biła z tej czwórki a ja powiedziałam do P., że musi być fajny dom, w którym ponaddwudziestoletni syn ma chęć na wyskoczenie na spacer i kawę z własnymi rodzicami. Drugi syn był nastolatkiem…głowa rodziny tak fajnie dla nich zamawiał, głośno pytał, co chcą, to doskakiwał do stolika, żeby się upewnić, czy dobrze usłyszał, ale wszystko to tak sympatycznie robił, że aż się do niego uśmiechnęłam, a on do mnie. I nagle zrobiło mi się przyjemnie, że wymieniłam uśmiech z kimś obcym, tak zupełnie bez żadnych podtekstów, po prostu dlatego, że ten ktoś wydał mi się sympatyczny…
Wracając musiałam przytrzymać parę razy nakrycie głowy, bałam się, że mi zerwie wiatr;)

„Rzymska Opowieść”, reż. Bernardo Bertolucci

Czyli tak zwane kino artystyczne. Pewnie dlatego na merlinie ten film jest w cenie około 20 złotych a mnie się udało go nabyć za cenę…10 złotych. Nie na takie filmy i nie na takie kino jest wzięcie w dzisiejszych czasach. Nie ma tu siekaniny, strzelaniny, a goła pierś pojawiła się raz i w dodatku na bardzo krótko. A ja lubię takie filmy i jestem zadowolona, że udało nam się go obejrzeć.

Film toczy się wolno, nie ma tu niespodziewanych zwrotów akcji, można by nawet powiedzieć, że niby dzieje się coś a jakby nic się nie działo. Ale jednak coś się dzieje. W starym domu w samym centrum Rzymu (widok z tarasu na dachu na Schody Hiszpańskie !!!) mieszka dwoje ludzi, właściciel, pan Kinsky i uciekinierka z któregoś z afrykańskich krajów, Shandurai, która w Afryce pozostawiła uwięzionego męża uwiklanego w sprawy polityczne. Studentka medycyny na rzymskiej uczelni, zarabia na życie utrzymywaniem w czystości domu pana Kinsky’ego. On wydaje się samotnikiem. Praktycznie nikt go nie odwiedza, oprócz uczniów, którym udziela lekcji muzyki, jest bowiem kompozytorem i dobrym pianistą. Ona, Shandurai, wydaje się nie mniej samotna. Tych dwoje zacznie z czasem łączyć coś więcej, jakaś niezwykła gra uczuć, emocji, odczuć, wrażeń, a wszystko to pośród muzyki klasycznej i afrykańskich rytmów…Film bez konkretnego zakończenia, taki, jak lubię, film, który nie mówi łopatologicznie co będzie kiedy nastąpią pewne wydarzenia, to film, który zmusza do myślenia, do refleksji, który swoim rytmem potrafi i uspokoić na chwilkę i pobudzić do zastanowienia się nad sobą, nad swoimi relacjami z najbliższymi zdawałoby się osobami, jakimi są dla nas nasi partnerzy, to film, który jest nieco przewrotny, a przynajmniej mnie się tak wydaje. Tu mieszają się i tasują emocje, tu tasują się nasze przekonania o własnej etyce…To dobry film i miłośnikom kina niebanalnego, artystycznego, niekoniecznie łatwego emocjonalnie, śmiało mogę ów film polecić.