…była od penpalki P. Penpalki, z którą pisał w czasach początków studiów…K. to Amerykanka, jak najbardziej, nauczycielka akademicka, bardzo fajna , wykształcona kobieta (w tym roku stuknęła jej 40stka). Teraz korespondencję z nią prowadzę głównie ja, jako, że P. zwyczajnie nie ma już czasu…
K. jakieś7 lat temu poznała miłość życia, starali się o dziecko, ale poroniła. Bardzo to przeżyła. Potem jednak los zaczął im sprzyjać, zaszła ponownie w ciążę i urodziła bliźnięta. Dzieci jak się okazało , chore. Psychicznie są jak najbardziej zdrowe, jednak fizycznie bardzo poszkodowane, od urodzenia przeszły już sporo operacji. I co się stało? Ano ta wielka miłość życia K. nagle jak się okazało, nie wytrzymała. Po prostu? Przerosło go to. Okazało się, że w amerykańskim śnie nie ma miejsca na chore dzieci. I jak to często w życiu ma miejsc, zwinął żagle i odpłynął w siną dal, a raczej opiekuńcze ramiona innej pani. Która nawiasem mówiąc ma dzieci. Zdrowe.
A K.? Jak to kobieta. Musi dać sobie radę. Nieważne, że często pada na pysk. Przecież musi dać radę. I daje. Bardzo ją za to szanuję i podziwiam. Jest bardzo ładną kobietą i mam cichą nadzieję, że jeszcze kogoś fajnego w życiu spotka. Kogoś, kto zasłuży na miłość jej i Bliźniaków. Kogoś, kto im tą miłość da.
Jedno jest dobre. K. ma wspaniałą rodzinę. Często gęsto wyśmiewa się Amerykanów, że wszystko mają takie zasłodzone, że to tylko w filmach przedstawione są cukrowe rodzinki. A ona ma wspaniałych Rodziców. Nie patrzących amerykańskim mitem, że dorosłe dzieci mają dać sobie radę same. Pomagają jej w opiece nad Bliźniakami. Inaczej pewnie mogłaby zapomnieć o swojej pracy…Ma też wspaniałą Babcię, która skończyła 94 lata, jest całkowicie sprawna i też często zajmuje się synami K.
Może jest tak, że jak w jednym aspekcie życia człowiekowi się nie powiedzie (w tym przypadku-nieodpowiedzialny mąż, którego własne dzieci obchodzą tyle, co zeszłoroczny śnieg), to wynagrodzone jest w innym (tu dobra rodzina)?
Podziwiam K. za to, że jest taka, jaka jest i mam nadzieję, życzę jej, żeby kiedyś uzyskała więcej spokoju i może poznała jeszcze kiedyś kogoś wartościowego…
„Wesele Anny”, Nathacha Appanah.
Na tę książkę natknęłam się przypadkiem, kiedy buszowałam po Empiku w weekend. Zachęcił mnie opis na okładce i fakt, że autorka pochodzi z Mauritiusu i jest prawie moją równolatką.
Ostatnio mam fart do książek opowiadających o relacjach matki i córki. Szczególnie , tych, w rodzinach których z tych, czy innych powodów zabrakło nagle mężczyzny, ojca, męża. Ciekawią mnie te relacje, na pewno dlatego, że sama jestem córką…
Ciekawi mnie, jak opisywane są relacje, te niezwykłe relacje, kiedy pod jednym dachem obok dorosłej kobiety zaczyna rosnąć mała dziewczynka, która potem przeistacza się w kobietę razem z jej nastrojami, humorkami i sekretami. Intryguje mnie, jak relacja matka-córka potrafią się zmieniać, bo czyż nie jest tak, że faktycznie, my córki, owe zmiany nieuchronne, jak przypuszczam, same zauważamy? Ot, chociażby fakt, że od pewnego momentu przestajemy biec do naszych matek z każdym naszym problemem,aby usłyszeć, że "wszystko będzie dobrze" czy to dlatego, że nie chcemy ich martwić, czy to dlatego, że nie chcemy o czymś tam z nimi rozmawiać…owe relacje raz lepsze, raz gorsze, intrygują mnie ostatnio w książkach.
"Wesele Anny" to opowieść o samotnej matce, Soni. Sonia nigdy nie powiedziałą ojcu córki o fakcie narodzin dziecka. Ta emigrantka z Mauritiusu, mieszka od lat we Francji i pracując w kobiecym piśmie, jest również pisarką.
Relacje Soni i jej córki Anny zmieniają się z czasem. Sonia zauważa, jak bardzo różna staje się od niej samej dorastająca Anna, jak bardzo wydaje się ją ta odmienność cieszyć, i jak bardzo martwi to samą Sonię.
Akcja książki dzieje się jednego dnia, dnia Ślubu i bajecznego , jak z książki, Wesela Anny, jednak wspomnienia Soni, tego dnia, opowiadają nam o ich dotychczasowym życiu i relacjach. Sonia jest zaskoczona dość szybką decyzją Anny o Ślubie, ta 23 latka według matki, powinna jeszcze cieszyć się życiem, może wolnością, zasmakować więcej. Decyzja jednak zostaje podjęta i Sonia tego jednego dnia postanawia być taką matką, jak czuje, że Anna chciałaby aby była. I chociaż Sonia wydaje się bardzo przeżywać fakt, że "córka odchodzi" tego samego dnia, a raczej nocy, dowie się, że nie do końca jest tak, jak myślała. Że mimo tych zmian w ich relacjach, są one jednak sobie bliskie…a na pewno nigdy nie przestanie istnieć między nimi więź. Sonię zaskoczy zdanie córki, która powie "Widzisz, mamo, w gruncie rzeczy nie tak bardzo się od ciebie różnię"…i odkryje, że Anna ciagle jednak potrzebuje czasem jej matczynego uścisku, ciepła, tego pocieszenia, że w życiu ułozy się wszystko…
Książka bardzo mi się podobała i polecam ją!
pisząc bloga…
…nie zdajemy sobie chyba do końca sprawy z faktu, że dla kogoś tam , to nasze pisanie może być ważne. Pewnie jeszcze zależy to od bloga i rodzaju myśli tam "wysyłanych". Są blogi i blogaski, oczywiście…ale większość jednak pisze o czymś, o czym chętnie się czyta, do czego człowiek z czasem przywyka, mało tego, rozpoznaje nawet język , styl danego autora…tymczasem niektórzy wątpią w to swoje pisanie i straszą, że przestaną pisać, bo blog przestaje być dla nich ważny…inni nawet nie ostrzegają, a przestają pisać, z dnia na dzień zamykają blog (jak to miało miejsce z Ptychem, co bardzo mnie zaskoczyło)…Tymczasem nagle okazuje się, że być może dla kogoś tam to nasze pisanie jest ważne, z tych, czy innych względów, coś komuś daje, czegoś może w jakimś przypadku uczy.
Niby to nasz blog i nasze decyzje, a mimo to chyba trzeba pamiętać, że inni się przyzwyczajają, że nas w jakiś sposób "lubią" a jak nie "lubią", to się chociażby "przyzwyczaili"…hmmm, takie moje ostatnio refleksje na temat blogów….
