kalendarze…

naliczyłam. Na rok 2007 ściennych mamy…7 sztuk;) książkowych dwie, z tym, że tylko jedna spełnia większość moich kryteriów. Tak, tak, przyznaję się bez bicia, mam schizę kalendarzową;) Może mam wrażenie, że uda mi się opanować uciekający, goniący tak czas?:) A na serio. Nie mogłam się oprzeć. Bo i z Malty jeden przywieźliśmy, i dwa z Grecji i jeden dodawali do listopadowego czy grudniowego numeru National Geographic…i jeden z Vermeerem ukochanym dorwałam! I ten z Misiami już trzeci sezon nabyty;) Tiaaa…pewnie nie wszystkie zawisną, ale nie mogłam się oprzeć, no nie;)

A Wy? co macie w nadmiernych ilościach a nie potraficie nie nabyć czy się na to nie skusić?:)

życzenia świąteczne papierowe…

…ciągle dochodzą…..dziś doszła kartka z Litwy (miałam rację, J. moja najstarsza penpalka, wysyłała mi coś w okresie strajku PP i poooszło, oczywiście nie doszło) z…fantastycznym Dziadkiem Mrozem. Uwielbiam ten element rosyjskiej kultury a kartka jak najbardziej rosyjska i oczy cieszy. Może sobie Dziadka oprawię? Doszły też życzenia ze Stanów, od Amerykanki, zdjęcie od fotografa, upozowane, ich troje, czyli oni i ich roczny syn. Plus życzenia. Na koniec, rachunek z Netii…"Fantastyczny" pomysł wysyłać rachunek, którego realizacja płatności upływa 1 stycznia a dochodzi dzisiaj. Czy ktoś tam może pomyśleć?
Wiem jeszcze o innych amerykańskich życzeniach, mam nadzieję,że ich PP nie zgubi, bo zależy mi na liście do nich dołączonym. Oczywiście nie dostałam zaległego listu z Japonii i od Chihiro 😦

A propos Chihiro, może niektórzy kojarzą moją blogowiczkę, dostałam dziś od niej email z Indii, w których bawi. Przysłała kilka zdjęć. Na razie zadowoleni z wyprawy i niech im tak zostanie! Bardzo mnie ten email ucieszył, że ktoś tam tak daleko pomyślał o mnie i skrobnął słów parę……

„Biała Masajka”, reż. Hermine Huntgeburth.

Czyli ekranizacja książki, którą dopiero co niedawno czytałam, opowiadającej o prawdziwje historii, kiedy to dziewczyna ze Szwajcarii rzuca wszystko dla Masaja z Kenii i rozpoczyna z nim życie w masajskiej wiosce bez żadnych wygód i warunków higienicznych (tak, ten brak warunków był dla mnie wielce zatrważający;).

 Powiem tak, całkiem zgrabnie zekranizowana , aczkolwiek (pewnie przez ograniczenia czasowe), nieco zbyt, jak według mnie okrojona z pewnych wątków, jak według mnie, na tyle ważnych, że nad okrojeniem można się było zastanowić. Jednak ogólnie, całkiem niezle "patrzadło" (skoro jest czytadło, to patrzadło chyba też?:) i nie uważam, że zmarnowałam czas na film poświęcony.

szaleństwa sylwestrowej nocy…

…to nie dla mnie…

Ja z tych, co nie lubią Sylwestra. Ale moment…od jakichś 2? lat zmieniam zdanie. A mianowicie. Inaczej do tego podchodzę. Ja go nawet nie to, że nie lubię, ale nie lubiłam ze względu na presję. Że mam wyjść. Że mam się dobrze bawić (a na mnie Sylwester działa melancholijnie, to taki czas podsumowań , refleksji)…

Te dialogi "Dokąd idziecie na Sylwestra?" …Jak to w domu? sami?"…I ta presja, że straszne, że nie można, że nie wypada, że masz się "bawić, wyjść, udawać lub nie, że świetnie się bawisz itd"…Już byłam na kilku takich Sylwestrach, na których wcale się dobrze nie bawiłam, szczerze mówiąc… A mnie jest dobrze, jak jest. I odkąd zaczęłam odpowiadać , że "tak, w domu i dobrze mi z tym", lepiej się czuję. Właściwie zabawnie jest patrzeć na miny niektórych, którym zostanie z partnerem , we dwoje i spędzenie tego dnia razem, kojarzy się z koszmarem. Mnie nie i pewnie dlatego taka różnica.

Tak więc, może warto uszanować cudze gusta? Jeden lubi tłum i spęd a drugi nie, ot co;)

Może i zacznę nawet lubić Sylwestry, skoro tak ładnie do nich zaczynam na spokojnie podchodzić?

Dwa lata temu w ostatniej chwili umówiliśmy się ze znajomymi z netu. Można powiedzieć, że to było mocno ryzykowne spotkanie, jako, że się nie znaliśmy. Ale spotkanie okazało się zabawne, ciekawe. Niemniej jednak naprawdę nie cierpię z tego powodu, że nie wychodzimy gdzieś w tym roku. Jest dobrze, a mam nadzieję, będzie jeszcze lepiej;)