prezenty, prezenty…

Dostałam dziś pierwsze prezenty Świąteczne. Z zagranicy, dlatego tak wcześnie. Oczywiście, nie wytrzymałam i otowrzyłam;) jest japoński akcent, fajnie…
Przypomniałam sobie, jaka cierpliwa byłam, jeśli chodzi o prezenty , w dzieciństwie. Moja koleżanka, wraz z siostrą, co roku urządzały regularne śledztwa w poszukiwaniu tego, co schowali przed nimi rodzice…ja nigdy. Lubiłam efekt niespodzianki. Dalej lubię. I chociaż jeden prezent Mikołaj już mi dostarczył, na moją prośbę, bowiem chciałam się do niego przyzwyczaić i nauczyć, to wiem, że coś tam jeszcze pod choinką znajdzie;)
Fajne są niespodzianki…

no, proszę…

… czyli czasem Poczta Polska jednak reaguje. Otóż, jak niektórzy wiedzą, ze 2? miesiące temu wysłałam listem poleconym artykuł do Patekku. Artykuł był dla niej wazny, bo było zdjęcie ptaka, którego sfotografował jej Mąż. Dlatego też wysłałam listem poleconym, myśląc, że jednak dojdzie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że list jednak do Patekku nie dotarł. Jej było przykro, bo się nastawiła, mnie, bo chciałam jej pomóc, skoro mogłam (na szczęście zrobiliśmy zdjęcie artykułu, ale to jednak nie to samo). Reklamację złożyłam, a jakże. I oto, co prawda po tych dwóch miesiącach, ale doczekałam się reakcji ze strony Poczty. Otóż Poczta przyznała, że przesyłka zaginęła, i przyznała mi odszkodowanie za ten fakt. No, proszę , czasem coś im wychodzi;)
ps. kochana PP, gdybym tylko jeszcze dostała zaległe życzenia Świąteczne od znajomej z Japonii, która wysłała mi je pod koniec listopada, byłabym bardzo wdzięczna;)

znowu przez Darię;)

, która natchnęła mnie do machnięcia wpisu. Ale może i lepiej. Bo co będzie tak wisiał ten o koszmarze na pierwszym miejscu. Jeszcze sobie pomyślicie, że jakaś smuta jestem hahaha;) (optymistka stulecia się odezwała;).

O dotyku. Jak to kiedyś na forum pisałyśmy, ja też , jak Daria, która porusza ten problem, z tych niedotykalskich. Oczywiście wszelkie buźki i całuski są dla mnie mało przyjemnym zwyczajem, niestety, w niektórych rodzinach nie da się tego ominąć …

Tak, czy siak, cierpię również, kiedy dotykają mnie obce osoby i muszę się mocno kontrolować, żeby , jak jestem w gorszej formie się nie odezwać "a co mnie pani tak dotyka, sio!"…nie cierpię też "stadności", która w naszym narodzie polega głównie na tym, że kiedy jest na przykład pusta poczekalnia gdzieś tam i ja siedzę na krzesełku, to oczywiście jak wejdzie nowa osoba to MUSI usiąść koło mnie. MUSI i już. Inaczej się udusi. Czy ja mam może jakiś przymilny wyraz pyska wtedy, czy jak? Nie wiem, ale muszę chyba popracować nad odpychającym wyrazem twarzy;)

Na pierwszym spotkaniu z P. też miała miejsce "akcja dotyk", hehe, bez skojarzeń, proszę. Otóż, kiedy wytoczyliśmy się z knajpki, w której się zapoznaliśmy i z naszym towarzystwem, wszyscy jeszcze chwilkę gwarzyli. Jako, że był późny listopad (niech Was nie zmyli, nie ten tegoroczny, wiosenny, a taki realny z prawdziwym wieczornym mrozikiem), miałam na sobie puchową kurtkę, jako, żem zmarźlak. P. podszedł i wyciągnął łapę i zaczął międlić moją kurtkę równocześnie pytając "Co nosisz, jak jest naprawdę zimno?" (On bowiem z tego typu luda, że coś cieplejszego wkłada jedynie przy trzaskającym mrozie, a nie tam jakichś głupich -5C)…Ja w tym momencie podobno wyglądałam, jak Bazyliszek. Pamiętam tylko, że bardzo się powstrzymałam, żeby mu w tę łapę nie przylać;) Wysyczałam tylko "Co mnie dotykasz?"…Hehe, potem dałam mu się podotykać, ale to było trochę później i nie należy do tej opowieści;)
Tak, czy siak, chłopak przynajmniej poznał jedną z mrocznych stron swojej przyszłej kobiety i jakoś się nie przejął. Twardy jest, co?

A Wy? Macie jakieś osobiste schizy? Bo ja do niedotykalstwa się przyznaję i nie zamierzam wmówić sobie, że mam to zwalczać. 🙂