„Dolores Claiborne”, Stephen King.

Bardzo mi się ta książka podobała. Nawiasem mówiąc, miałam wrażenie czytając ją, że już kiedyś ją właśnie czytałam…Hmm, ale kiedy? No, nieważne.

Książka jest ciekawie napisana, bowiem jest to monolog tytułowej bohaterki, Dolores, którą spotykamy na posterunku miejscowej policji. Tak przy okazji, kolejny smaczny opis prowincjonalnej Ameryki wraz z jej dobrociami i grzeszkami, bardzo mi się podobał!

Dolores zostaje oskarżona o zamordowanie swojej wieloletniej pracodawczyni, Very. I kiedy zjawia się na posterunku, wyjawia prawdę o zupełnie innej zbrodni. Zaczyna się snuta przez Dolores opowieść o jej zyciu w małej wyspiarskiej miejscowości…

Kiedyś czytałam Kinga dla horrorów i strachów, teraz , od jakiegoś czasu bardziej cenię sobie jego umiejętność zajrzenia do wnętrza człowieka, w głąb jego duszy. Do wywleczenia na wierzch, czasem bolesnego tego, czego ludzie się wstydzą, o czym woleliby zapomnieć. Lubię jego spojrzenie na człowieka, z boku, nie osądzające niczego i żadnych zachowań. Lubię to, jak umie nazwać nasze marzenia, pragnienia, lęki i obawy…

"Dolores Claiborne" to fantastyczny opis życia w małym miasteczku, z perspektywy kobiety i jej losu. Przy okazji, zdanie , które utkwiło mi w pamięci, a mianowicie "czasem trzeba być bezduszną jędzą, żeby dać sobie radę w życiu. Czasem tylko to daje ci siłę…".

Miłośnikom Kinga, którzy nie czytali, hucznie polecam!

ps. w środę bodajże na TVN7 jest film na podstawie tej książki, to tak, jakby ktoś chciał zobaczyć,ja nie widziałam.