takie samo bagno i kupa, jak zawsze…
„Słońce Scortów”, Laurent Gaude…
…czyli niespieszna opowieść o życiu pewnego rodu.
Największą siłą i zniszczeniem rodziny jest sama rodzina. To refleksja, która nasunęła mi się po przeczytaniu tej książki.
To nie jest książka z jakąś spektakularną akcją. To książka ze spokojnym rytmem, nieco nawet powolnym, jak tak wszechobecne w niej słońce włoskiego regionu Apulia, a konkretnie słońce palące ziemie wokół wioski rybackiej będącej tłem wydarzeń, wioski Montepuccio.
Ta książka nie jest spektakularną sagą rodzinną i tym, którzy na takową się nastawiają, od razu mówię, że to nie ten adres. To książka o rodzie żyjącym w owej wiosce, rodzie, który zostaje zapoczątkowany w wyniku gwałtu, który tak do końca gwałtem się nie wydaje. Tak zostaje zapoczątkowany ród Scortów. Ród awanturników, ludzi slinych i milczków, jak są oni nazywani. Ród, który wobec własnej rodziny jest niezwykle solidarny i który niesie nam jedno przesłanie, że właśnie więzi rodzinne są tym, co najbardziej dodaje człowiekowi sił.
To książka dość specyficzna, jak pisałam, nie ma w niej niespodziewanych zwrotów akcji, poznajemy życie kolejnych potomków rodu, dość z racji objętości książki, zarysowane, a mimo to to, co nam jest podane, wystarcza. Historię poznajemy z dwóch perspektyw, narracji autora i specyficznej spowiedzi, jaką pod koniec życia czyni jedna z bohaterek.
Ród Scortów jest, jak mówi jeden z jego potomków "zrodzony ze słońca", słońca, które daje mu siłę i wytrwałość.
I na koniec pozwólcie, że zacytuję Wam zakończenie książki, które mnie urzekło…
"Tu było jego miejsce. Nie mogło być inaczej. Na progu trafiki. Pomyślał o wiecznym trwaniu tych gestów, modlitw, wszystkich ludzkich nadziei i znalazł w tej myśli głębokie pocieszenie. "Jestem człowiekiem-pomyślał.-Po prostu człowiekiem". i wszystko było dobre. Don Salvatore miał rację. Ludzie, tak jak oliwki w słońcu Montepuccio, są wieczni".
