czyli co piątek z Rzeczpospolitą wydawana jest książka, album w miękkiej okładce o konkretnym artyście, jego dokonaniach i ogólnie rzut oka na epokę.
W zeszłym tygodniu był mój ulubiony artysta. Vermeer, dzisjaj Klimt. Jako, że śmieję się, że Wiedeń wymyśla preteksty abym go co pewien czas odwiedziła i jak byliśmy w zeszłym roku, to Klimta nam się obejrzeć nie dało (muzeum było nieczynne w tamtych dniach), to chyba na razie, zanim do Wiednia znów trafię, wystarczy mi ten album.
Zainteresowanym sztuką polecam.
Moja dobra wiadomość na dziś;)
Jak już tak się dzielimy tymi dobrymi wiadomościami, to oto moja. Jakoś dziś poczułam większą wiarę w człowieka.
Na osiedlu mamy aptekę całodobową. Lubię ją, bo i ceny mają znośne i dobre zaopatrzenie i można coś zamówić i szybko sprowadzają dla człowieka.
Wczoraj po wizycie poszłam wykupić leki. Jako, że nabyłam zestaw Vichy, trochę pieniędzy tam zostawiłam. Zapłaciłam więc kartą. Na ogół patrzę na rachunki, ale tym razem tak się nie stało. Może dlatego, że za mną stała sapiąca z irytacji pani (jakby w aptece kupowało się na szybko i jak leci…). Tak czy siak, pan spytał się, czy może wrzucić rachunek do torebki, ja powiedziałam, że nie mam nic przeciwko temu i wyszłam. A potem rachunku nie sprawdziłam.
Dziś telefon. Z nieznanego mi numeru. Nikt nie zostawił wiadomości na sekretarce. Ale za jakiś czas telefon znowu. Więc odebrałam. I co się okazało? A okazało się, że to dzwonił właśnie pan z apteki. Że wczoraj źle wbił na kasę i dopiero wieczorem , a właściwie w nocy to zauważyli. I że jest mi winien sto złotych. I że albo ja podejdę albo on może mi te pieniądze przynieść…
Normalnie zdębiałam…Powiedziałam,że ja podejdę, bo dla mnie to nie problem i podziękowałam, że mnie o tym powiadomił.
Kiedy wieczorem poszłam, pan już czekał z pieniędzmi dla mnie i jak się wyraził, rekompensatą za zaistniałą sytuację, czyli paroma próbkami kremów…
Nie o kremy mi chodzi, ale bardzo mi się dziś miło zrobiło. Że są jeszcze ludzie, którzy nie oszukają innych, którzy jak się zorientują, to powiadomią, bo gdyby nie, to sami by się z tym źle czuli.
Fajnie, że czasem są takie dobre sytuacje.
Dzień dobrej wiadomości…
podobno jest dzisiaj.
No, to proszę się tu wpisywać z tylko dobrymi wiadomościami;))
Silna osobowość?
Wczoraj w TV pokazali fragmentami wywiad z Nataschą Kampusch. Tą, która dwa tygodnie temu uciekła po dziesięcioletniej niewoli z domu porywacza.
Byłam zaskoczona, na plus, oczywiście. Po pierwsze, jak na osobę, która, tak zakładam, dziesieć lat lekarza nie spotykała, wygląda ona zdrowo (fizycznie), wysławia się poprawnie, nie znam na tyle niemieckiego a i lektor zagłuszał, by ocenić, czy zasób słownictwa odpowiada osiemnastolatce, czy dziesięciolatce, jaką była w momencie porwania. Ale zdaje się, że jej porywacz ją uczył. Tyle "dobrego", że chyba jakiejś widzy liznęła. Ma wielkie plany, chce studiować…
Zaskoczyło mnie, jak wielką, silną osobowość ma ta dziewczyna , skoro wyszła z tego na razie przynajmniej ok. Były pokazane głosy ludzi z Austrii, jedna kobieta wyraziła to, co ja pomyślałam, oglądając wywiad. Powiedziała "To niesamowite, że po tym wszystkim ona wyszła stamtąd w jednym kawałku"…To samo ja sobie pomyślałam.
Twierdziła, że zawarła "pakt" sama ze sobą, że nie podda się i ucieknie, kiedy będzie starsza.
Powiedziała coś jeszcze, co sprawiło, że mnie aż zmroziło, takie zimne dreszcze przeszły mi po plecach….otóż, po jakimś czasie porywacz czasem zabierał ją ze sobą na przykład do centrum handlowego……Natascha powiedziała,że szedł tuż za nią, wcześniej uprzedziwszy, że jeśli tylko odezwie się do kogokolwiek, to zabije i ową osobę i samą Nataschę. Natascha powiedziała, że w tej sytuacji robiła jedno…wpatrywała się w ludzkie twarze, usiłowała ŚCIĄGNĄĆ ludzkie spojrzenia, uśmiechała się do ludzi usiłując powielić uśmiech ze zdjęcia , jakie podejrzewała, że jest na zdjęciu z poszukiwań (a może je widziała, wszak podobno mogła czytać tam gazety…). Tak, czy siak, aż mnie dreszcze przeszły…bo może człowieka kiedyś ktoś taki właśnie minął…ja wiem, że to się jednak nie zdarza często, ale…ludzie są zabiegani, tacy obojętni na innych……..
Nie wiem, jaka wyjdzie w rezultacie z całej tej sytuacji Natascha. Życzę tej młodej kobiecie wszystkiego najlepszego. Wygrania z własną psychiką, która, nie oszukujmy się, będzie długo a pewnie i zawsze pamiętać to, co się stało. Życzę jej jednak, by ów pakt , zawarty przez dziesięcioletnią Nataschę, by ten pakt trwał nadal i by ona wygrała!
Trafiło bowiem na wyjątkowo silną osobowość…na osobę, która wtedy nie zwariowała, nie poddała się…Więc mam nadzieję, że i teraz się nie podda…..
„Historia Hester”, Adele Geras…
Hmmm, hmmm, hmmmm….napiszę tak. Po "Mrocznych Sekretach" książka Geras gorsza. Niestety. Nie napiszę, że dużo. Ale sporo. Po pierwsze, nie wiem, czy to przez jeden z moich ulubionych filmów, jaki obejrzałam sobie dla powtórki dzień przed lekturą o pewnych wydarzeniach z książki, czy to moja intuicja, ale …domyśliłam się, co stanowi tajemnicę już sporo przed zakończeniem książki. (Nie będę pisać, o jaki film mi chodzi, bo może ktoś go zna a książkę jednak będzie chciał przeczytać, to nie chcę psuć lektury).
Takie domyślenie się, co się stało lub co będzie miało miejsce , zawsze osłabia mi siłę lektury. Poza tym, ta książka, to jednak takie romansidło, z baletem w tle. Do prywatnej rezydencji dawnej primabaleriny przyjeżdża zespół baletowy, aby wystawić tam coroczne przedstawienie. Rezydencja pełni bowiem funkcję angielskiego prywatnego teatru. W tle, historia życia Heras, owej primabaleriny, a także kilka innych wątków pobocznych. Poznajemy nieszczęśliwą miłość Heras, a także dochodzimy do rozwiązania sekretu, jaki przez całe życie trzymała ona w ukryciu. Z założenia zapewne mieliśmy dojść do niej na końcu książki, ja zaś rozszyfrowałam ową tajemnicę mniej więcej w połowie;)
Jeśli ktoś ma ochotę na czytadło, to proszę bardzo. Ja jednak z jakimś meganaciskiem nie polecam.
