Podchodzę bardzo nieufnie do spotkań z ludźmi z netu. Nie ukrywam, że po części wynika to z tego, że jestem dzikusem, ale i po części to wynik moich ostatnich doświadczeń. Parę takich spotkań nie wypaliło i zniechęciłam się do nich bardzo.
Więc żeby mnie na takie namówić trzeba się naprawdę bardzo postarać. Po prostu, zniechęciłam się po paru takich , po których kontakty się totalnie urwały.
Dzisiaj jednak spotkałam się z kimś, z kim pisuję na necie. Spotkaliśmy się zresztą w większym gronie, bo ja przybyłam z P. a on z córką. Przyjechał z daleka, bo z Japonii. Nie ukrywam, że przed każdym takim spotkaniem człowiek się zastanawia, jaką to osobą okaże się ten internetowy znajomy. I czy znajdziemy wspólny język? Czy my tej osoby nie zawiedziemy? Jak na razie takie ostatnie udane spotkania odbyliśmy z naszymi australijskimi przyjaciółmi. Moją przyjaciółką M. i jej eks.
Mój japoński przyjaciel K. okazał się takim sympatycznym człowiekiem, jakiego znałam z naszych emaili. A niemało się ich nazbierało przez te ponad dwa lata pisania…Zawstydził mnie ilością podarunków, jakimi nas obdarował. My też mieliśmy dla nich prezenty z Grecji, ale jednak mniej.
Szkoda tylko, że w rezultacie spotkanie było dość krótkie. Jak się zastanowić, to człowiek nie wie, czy i kiedy spotka się ze sobą jeszcze, więc fajnie, że udało nam się spotkać dzisiaj.
