bez tytułu…

Przeczytałam sobie kilka wpisów na blogach…jeden z nich nastroił mnie do tegoż. Uwaga, będzie zawoluowane i jak ktoś chce napisać cokolwiek byle napisać i poklepać w klawiaturę, to niech sobie daruje (ot, dziś jestem w takim zadziornym nastroju).
Chodzi mi o to, że niezwykłe jest to, jak różnica w możliwościach zmienia nasze percepcje, odbiór świata. I to, że dla kogoś tam coś jest możliwe, co dla nas nie, stwarza pojęcie zupełnie innej rzeczywistości. Ot, tak, jakby ta różnica w dostępności realizowania planów, czy marzeń, stwarzała jednoczeście niemal widoczną granicę , jakby zupełnie inne poziomy tej samej rzeczywistości a może już zupełnie różne rzeczywistości. Tak, jakby żyło się w zupełnie innych światach. Ciekawe, ile ja rzeczy robię, wykonuję nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że dla mnie jest to bułka z masłem, a dla kogoś być może fakt zupełnie nieosiągalny, bariera nie do przeskoczenia. Coś, czego być może w skrytości ducha mi zazdrości. Co sprawia, że nagle czuje się nikim? albo przynajmniej bardzo małym.
Do dupy z tym wszystkim. Albo przynajmniej z większą tego częścią.

Peloponez…

Wiem , wiem, wszyscy czekacie na mój opis, niemal tak długi, jak ten z Malty. A  mnie jest troszkę głupio, bo długich opisów nie będzie. Z tej prostej przyczyny, że…tegoroczny wyjazd potraktowany został totalnie relaksowo. Po części wynikało to z odległości (nawet w klimatyzowanym aucie jechać dokądś 2 godziny tylko w jedną stronę tym razem mi się nie chciało), po części z tego, że…bardzo potrzebowałam , razem potrzebowaliśmy, takiego wakacjowania z drinkiem z palemką, jak ja to mówię, czyli totalnie odpoczynkowego. I wcale nie zamierzam się, co najlepsze tego wstydzić. Co lepsze, wyczytaliśmy we "Wprost" nabytym tuż przed odlotem z Okęcia, że nawet nie powinniśmy;) Polecali oddać się intuicji i nie robić nic na siłę. Jak czujesz, że tegoroczne wakacje masz spędzić oddając się sportom ekstremalnym, zrób to. A jeśli czujesz, że masz ochotę pływać w morzu, opalać się, czytać, czy rozwiązywać krzyżówki, nie wahaj się. Nie wahaliśmy się.

Oczywiście, coś niecoś zobaczyliśmy, bo inaczej nie bylibyśmy sobą.

Pierwszego dnia wypożyczenia auta chcieliśmy zobaczyć niedaleko nas położony średniowieczny zamek. Niestety, był to poniedziałek i zamknięte. Zniechęceni, pojechaliśmy zobaczyć tamę , która w niedalekiej odległości się znajdowała i nagle zobaczyliśmy, że wzdłuż drogi są znaki kierujące do jakiegoś archeologicznego miejsca. Jak się okazało, były to ruiny starożytnego miasta Elis, wraz z odkrywanymi ruinami nie tylko budowli, ale i starożytnego teatru. Przy czym, wpuszczono nas na obejrzenie, ale bacznym okiem obserwowano (zapewne, czy turyści nie wyniosą resztek kolumny:), gdyż na tym terenie trwają wciąż prace archeologiczne. Ciekawe było zobaczyć pracę archeologów. Nawet, jeśli chwilowo widzieliśmy ich lunch i popijanie wody mineralnej;)
Potem dotarliśmy do owej tamy Pinios i popatrzyliśmy na coś w rodzaju ich Zalewu Zegrzyńskiego.

Następnego dnia pojechaliśmy popodziwiać ów wzniesiony na skale Zamek Chlemousti. Jest to wzniesiony w średniowieczu zamek, teraz zachowały się oczywiście ruiny, ale są dobrze zachowane, chodziliśmy sobie po górnych jego partiach podziwiając blanki jak i przepiękne widoki roztaczające się w dole. Peloponez, co nas wielce zaskoczyło, jest ogromnie zielony, zalesiony, zadrzewiony. Widać, że mają dużo więcej podziemnych źródeł i rzek, niż to jest na wyspach greckich.

Po zwiedzeniu ruin zamku odwiedziliśmy mały bizantyjski Kościół, który teraz pełni rolę Sanktuarium Maryjnego. Jest tam cudowna Ikona Maryi, obwieszona rozmaitymi wotami, wiele z nich z wizerunkiem dzieci, ale także części ciała (głównie nogi), czyżby podziękowanie za uratowanie zdrowia, czy życia?

Następnego dnia, w środę, wyruszyliśmy najdalej podczas tego pobytu, a mianowicie do Starożytnej Olimpii. Tak, tak, to tam, gdzie rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie i skąd zawsze wyrusza Ogień Olimpijski. Tegoż dnia było upiornie gorąco. Mimo dzierżonej w dłoni butelce wody mineralnej, jak zawsze przeze mnie noszonej w upały czapeczce z mocno ocieniającym twarz daszkiem i ciemnych okularów…prawie zemdlałam. Naprawdę w pewnym momencie poczułam się źle. Pomyślałam sobie jednak, że przynajmniej mogliby mi wyryć gustowny napis na pomniczku "Padła rażona upałem pośród ruin starożytnej Olipmii w Grecji, którą tak zawsze kochała";) I to od razu poprawiło mi humor. Także spora ilość mineralki, którą wtedy w siebie wtłoczyłam. Do tego stopnia, że poczułam się lepiej i mogłam oddać się zwiedzaniu. A jest co. Spacerując pośród ruin ówczesnych budowli, także warsztatu słynnego Fidiasza! ale i miejsc, w których sportowcy ćwiczyli, przygotowywali się, także pośród ruin ówczesnych świątyń stojących na tamtym terenie…czuje się wielkie przejęcie. A kiedy przyjdzie człowiekowi porzechodzić pod tunelem prowadzącym na Stadion…nagle, gdzieś tam w tle słyszysz ten daleki szum, to TAMTO przejęcie, oczekiwanie na wydarzenia, TAMTE emocje…

Po zwiedzaniu ruin wizyta w Muzeum Archeologicznym w Olimpii, które to muzeum ma podobno jedne z lepszych zbiorów archeologicznych Grecji. Jest tam na czym oko zawiesić. Oczywiście są też największe skarby, jak Nike, ale i pomniejsze obiekty są warte podziwiania.

Kolejna wyprawa nosiła cechy wyprawy badawczo poszukiwawczej. Wyczytałam, że w Dafni powinny znajdować się pozostałości Mykeńskiego Cmentarzyska. Po tym, jak na Krecie w takowych spacerowaliśmy, schodząc nawet do grobów , bylismy przekonani, że tu także będzie można śmiało je odwiedzić. Nie dość jednak, że samo trafienie do ruin przyspożyło nam trudności (oznakowanie miejsca archeologicznego było co najmniej zabawne), to jeszcze na miejscu zobaczyliśmy, że …teren jest ogrodzony. Niemniej jednak obeszliśmy ogrodzenie dookoła i zajrzeliśmy na teren cmentarzyska , także udało się nawet zrobić kilka interesujących nas zdjęć.

Po drodze odwiedziliśmy pozostałości łaźni rzymskich w naszej okolicy. Tam są do dziś źródła jakichś siarczanów. Do tego miejsca przyjeżdżają ludzie i robią sobie swoiste SPA. Wysmarowywują się gęstą mazią o czarnej barwie (śmierdzącej siarczanem, a więc zgniłym jajem, to dla mało zorientowanych:0), i okładają się witkami. Wygląda to niezwykle malowniczo. Mieliśmy wrażenie, że nagle znaleźliśmy się co najmniej w Hadesie, otoczeni przez czarne postaci, którym tylko błyskają białka oczu, bowiem smarują się oni tym naprawdę solidnie, od stóp do głów…

Ostatnia wyprawa była orientacyjna do Kyllini. To stamtąd odpływają promy na Zakyntos na przykład. Samo miasto nieciekawe, ale mieli ruiny średniowiecznej katedry i fortecy, które przy okazji odwiedziliśmy.

Co do samego Peloponezu, to bardzo nam się tam spodobało. Piękne, zazielenione, jak już wspomniałam tereny.

Plaże tak obłędne, że chyba nigdy dotąd takich nie widziałam! Drobniutki złoty piaseczek, pływaliśmy w ciepłej wodzie wraz z rybami, które nas otaczały;) Dwa razy spotkaliśmy nawet meduzę, która była na tyle uprzejma, że żywiła wobec nas tylko przyjazne zamiary.

Ludzie? Trochę inni, niż na wyspach. Jako, że turystyka tu zupełnie jeszcze nie rozwinięta w porównaniu z Kretą, czy Rodos na przykład. Ale to nie znaczy, że są mniej mili. Są po prostu nieco inni.

Ciągle jednak ciekawi tych spoza …W jednym sklepiku w małej miejscowości Vartolomeo sklepikarz zagadnął nas "Jesteście z Włoch?". Powiedzieliśmy, że nie. I powiedzieliśmy, skąd. Na co pan ucieszył się wyraźnie i powiedział, że w ich wiosce jakiś czas temu, ponad 10 lat temu pojawili się Polacy. Jako, że teren został uszkodzony przez silne trzęsienie ziemi na Peloponezie, pojawili się ludzie odbudowujący i między innymi Polacy, w tym paru specjalistów. Pan nie mógł się nas nachwalić, a nasze oczy otwierały się szerzej i szerzej…

Powiedział również, że dwóch z nich zostało w wiosce do dzisiaj, ożenili się z Greczynkami i założyli rodziny i są , jak się wyraził, bardzo szanowani w miejscowej społeczności, między innymi za to, że są bardzo dobrymi specjalistami.

I na Malcie nas chwalono i tu, a człowiek ciągle miło zaskoczony, kiedy słyszy w świecie "Polacy są dobrymi pracownikami. Jesteście mądrzy, solidni, można na was polegać".

Może to dziwi dlatego, że słyszy się i inne opowieści. Wczoraj P. wrócił z opowieścią koleżanki z pracy, która w tym samym, co my czasie, bawiła z córką i mężem na Krecie. Mieli tego pecha, że wybrali hotel z dużą ilością rodaków. Pierwszego dnia jeden pan Polak z tegoż hotelu spił się jak świnia i zwymiotował do basenu. I jak tu się rodaków nie wstydzić. My zawsze wybieramy hotele, do których wiemy, że rodacy nie jeżdżą. Jakoś mam ich dość na codzień, nie mam ochoty integrować się na wyjazdach;)

Ale miło usłyszeć właśnie takie krzepiące i miłe słowa pod adresem Polaków.

Polecam Peloponez, polecam! Jako, że można tam i pozwiedzać wiele interesujących miejsc i odpocząć, jak nigdzie indziej!