ostatnio pochłonęłam dwie jej książki, thillery. Właściwie trzy. O jednym chyba pisałam zaraz po wakacjach. Teraz pożyczyłam od Mamy "Pętla" i "W milczeniu". Spindler (Spindlerowa, jak ją na prywatny użytek nazwałam), pisze thrillery. Nawet, nawet. Jak na czytadła mogą być. Dobrze i szybko się czyta.
Nastrój…
od rana podenerwowana…nawet nie od rana, a od pewnej dziwnej dyskusji na naszym forum kabackim. Zaczęło się od rozmowy na temat notorycznie źle parkujących kierowców na Kabatach (pewnikiem wszędzie ten sam problem), ale wątek zaczął się niebezpiecznie przesuwać w stronę reakcji agresją na takie zachowania. Wzięłam udział i napisałam swoje zdanie, co oczywiście spotkało się z krytyką. Kurcze, nie jestem absolutnie za złym parkowaniem, uprzykrzaniem życia sąsiadom, innym łamaniem prawa, ale są chyba inne metody , jak wezwanie straży miejskiej czy Policji do źle zaparkowanego auta, a nie psikanie żelem pieprzowym do wlotu powietrza czy wykręcaniem wentyli.
A nawet, jeśli w Polsce normalne metody nie działają, to niestety, mam taki charakter, że nie jestem w stanie agresją na takie coś działać. Czułabym się, że staję w tym samym rzędzie, co wszyscy Ci, co owo prawo łamią…
Wiem, wiem, jestem naiwniarą i…raczej się nie zmienię. Za stara jestem na zmiany.
A nawiasem mówiąc, pomyślałam sobie, ileż to nastolatków czytając nasze forum wpadnie na taki "genialny pomysł" niekoniecznie w stosunku do źle parkujących. Wszak idą wakacje, nie wszystkie dzieci mają czas zajęty, nie wszystkie same umieją go sobie inteligentnie i mądrze zagospodarować, więc kto wie, czy nie wykorzystają takiego pomysłu do zabawy. Ja niby wiem, że na necie teraz one mogą wyczytać wiele innych "pomysłów", niemniej jednak nie sądzę, że chlubić się propagowaniem takowych należy.
Nie wiem, pogoda to, czy ludzie, ale coś mnie zirytowało…teraz sączę kawę (na pewno nie pomoże na mój nastrój, bo podnosi ciśnienie) i piszę blog, czytam Wasze…..
Wspomnieniowo…:)
dzień dziecka, a więc proponuję porozpieszczać się wspomnieniami.
Dzieciństwo, to był bardzo fajny okres w moim życiu. Ominął mnie na szczęście żłobek, za to zmóc się musiałam z przedszkolem, którego szczerze nie znosiłam. Poza tym, było fajnie.
Dzisiejsze dzieciaki co prawda pewnie byłyby zażenowane, gdyby przedstawić im tamte nasze realia i możliwości, ale czyż my nie byliśmy szczęśliwi? Poza tym, z braku laku, uruchamiała się nasza wyobraźnia. Ja to tak przynajmniej pamiętam.
Pamiętam te podwórkowe paczki, które umawiały się na grę w podchody, albo w inne jakieś, w których dało się rywalizować. Pamiętam gumę do żucia z Bolkiem i Lolkiem, a potem , och, co za nowość z Kaczorem Donaldem , z historyjką, którą się oczywiście rozprasowywało i kolekcjonowało. Pamiętam oranżadę w proszku, którą się jadło na sucho. Pamiętam gry w ślepca i w chowanego.
Pamiętam, że być może było mniej kolorowo w sklepach i na ulicach i ogólnie nędzniej, to jakoś aż tak tego nie dostrzegaliśmy (rozumiem, że w odróżnieniu od naszych umęczonych tamtą rzeczywistością rodziców).
Pamiętam , że kiedy zaczynałam podstawówkę, jeszcze nosiliśmy fartuszki do szkoły, co nie było wcale takie głupie, bo nie było pokazów mody, jak w obecnych szkołach. Pamiętam zjeżdżanie zimą na tacach na okolicznych górkach (kto jeszcze wykorzystywał tace z rybnego jako sanki??:)…
Pamiętam, jak matka jednej z koleżanek w podstawówce wyjechała do Stanów, niby to do pracy na pół roku, potem przedłużała ten czas na rok, półtora, z tego co wiem, założyła tam drugą rodzinę i nigdy nie wróciła…
Pamiętam, jak na moich oczach zmienił się ustrój i to też było fascynujące.
Pamiętam, że było beztrosko i to było fajne.
A co Wy pamiętacie? Ułóżmy sobie kolaż ze wspomnień………..
3 dychy…
Jedzie sobie młode małżeństwo samochodem. Przejeżdżają obok "tirówek". Żona
pyta:
– Kochanie, co tu robią te panie i to tak ubrane?
– Robią ludziom przyjemności za pieniądze.
– A dużo można na tym zarobić
– Oj, bardzo dużo, kochanie.
– To może i ja bym stanęła? W końcu dopiero co się dorabiamy,
auto na spłacie, a czasy takie niepewne…
Mąż unosi brwi ze zdziwienia:
– No, jak ty nie masz nic przeciwko, to ja też się zgadzam.
– A co muszę zrobić? – pyta zona.
– Stań tu, ja stanę 100 metrów dalej. Jak podjedzie klient to
powiedz"stówa" i rób co trzeba. W razie wątpliwości mów, że musisz porozmawiać
z menadżerem i przybiegnij do mnie.
– Ok.
Żona staje, stoi 5 min. Zatrzymuje się samochód. Żona podchodzi, a kierowca
pyta:
– Ile?
– Stówa.
– Ale ja mam tylko siedem dych.
– Pan poczeka, muszę porozmawiać z menadżerem.
Żona biegnie do męża i pyta:
– Józek, ale on mówi, że ma tylko 70. Zrobić to?
– Nie kochanie, nie możemy od razu robić zniżek. Powiedz
mu, że za 70 to mu weźmiesz do ręki.
Żona biegnie z powrotem i mówi, że zrobi ręką za siedem dych.
Gość się zgadza, wyciąga interes… oczom żony ukazuje się instrument
długi aż do kolan klienta. Żona wytrzeszcza oczy i mówi:
– Muszę porozmawiać z menadżerem.
Biegnie zdyszana do męża i woła:
– Józek, nie bądź świnia, pożycz mu te trzy dychy
Takie tam, w związku z dniem dziecka…
Słucham radia, a tam w związku z dniem dziecka popytali dzieciaki o to, jak postrzegają dorosłych. Co im się w nich podoba, a co nie. Wiadomo, że dla dzieci dorośli, to ci najbliżsi. Bilans wypowiedzi dzieci wypadł bardzo smutno. Pewnie miało być fajnie a wyszło średnio. Właściwie przerażająco smutno. Poczawszy od dziecka, które powiedziało, że jego tata zawsze bawi się na komputerze, przez takie, które powiedziało, że nie lubi, jak dorośli się popychają.
I taka refleksja mnie naszła, nie pierwszy raz zresztą, ostatnio myślę coraz częściej , że bardzo dużo osób, które na rodziców się nie nadają, są nimi bardzo szybko i bardzo łatwo. A te, które gotowe są poświęcić dzieciakowi i czas i energię i sporo własnej inicjatywy, jakoś tych dzieci doczekać się nie mogą. Ironia losu?
Nie umiem sobie tego wyjaśnić. Nie zrozumiem chyba nigdy. A kiedy widzę kolejne maltretowane dziecko w TV i tfu, tatusia czy konkubenta mamuni, który je tłucze, to moja zdolność rozumowania w ogóle się kończy…
