Przyjaciele…

dobrze, że są. Dziś telefon od Przyjaciółki. Wyczuła, że ją potrzebowałam? Przegadałyśmy sporo. Trochę na temat naszych problemów, trochę o kostiumach kąpielowych:) przed wakacjami…
Bez moralizatorstwa, empatycznie, tego mi było trzeba:) No, ale znamy się też kawał czasu, więc wyczuwamy swoje wzajemne nastroje…

Smutne…

http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53662,357371.html

podrzuciła taki link w związku z pewną dyskusją, jaką toczyłyśmy. Smutne. Jak bardzo musi się smutno żyć, żeby prowadzić coś takiego? Mnie to przygnębiło, a przy moich ostatnich nastrojach, to już w ogóle…

Niby myślałam, że słońce…

to jesto to, co lubię najbardziej, i że wtedy czuję się lepiej…ale być może limit na moje czucie lepiej już się wyczerpał, a może coś wisi w powietrzu, bo na kilku blogach wyczytałam, że jest średnio, źle, a w najlepszym przypadku tak sobie.
Myślę, że to natłok moich myśli, pewnych nagromadzonych spraw, mojego niedawania sobie z nimi rady. Poczucie pewnego osamotnienia w tym wszystkim (nikt za nas nie przeżyje naszych uczuć, taka jest prawda).Niby rozmawiam z ludźmi, śmieję się nawet czasem z czegoś, a jakoś jest byle jak. Odczucie braku, które stało się coraz bardziej widoczne i następnie moje zobojętnienie na to uczucie braku, które ostatnio zmartwiło mnie bardziej, niże samo poczucie. Czy to naturalna kolej rzeczy? Czy przechodzi się właśnie takie etapy? Czy to coś w Kosmosie, co może się wyprostuje i znowu pozwoli spojrzeć świeżym, bardziej obiektywnym okiem? Czy będzie lepiej? Nie może być przecież tak szaro i gęsto od czarnych myśli przez cały czas……