Ankiet ciąg dalszy:)

To teraz kilka innych pytań:)

1. ulubiony pisarz- Haruki  Murakami, Haruki Murakami, potem długo , długo nic i …Haruki Murakami;) A potem paru innych, jak Marquez, Joy Fielding , Chmielewska, Christie…

2. ulubiony aktor- obecnie Jean Reno, kiedyś Dustin Hoffman, tyeraz uważam, że się skończył.

3. "ta" piosenka, "The Lady in Red"  Chris de Burgh, nie pytajcie, czemu, zbyt wiele intymności się z tym wiąże;)

4. ulubiony kraj (oprócz naszej pięknej Polski oczywiście:) – Grecja, Japonia ( w której nie byłam do tej pory).

5. ulubione zwierzę- Delfin, Kot, Pies.

6. gdybyś mogła/mógł spotkać się z kimś, kto żyje wciąż lub kimś z przeszłości, to kto to by był?

U mnie? Matka Teresa z Kalkuty i Enstein, a także, Natalia Kukulska. Z tą ostatnią , nie słucham jej piosenek, nie jestem jej fanką, a mimo to mam kilka powodów, dla których chciałabym móc kiedyś z nią się spotkać.

No, to teraz czekam na szczere odpowiedzi:)

Ankieta-filmy…

Ciekawa jestem waszego zdania na temat filmów.

1. Wasz ulubiony film? Taki numer jeden. U mnie to "Zawieście Czerwone Latarnie" i "Amelia".

2. Najczęściej oglądany przez Was film? U mnie ponownie "Amelia".

3. film, na którym zawsze płaczecie lub się wyraźnie wzruszacie? Mój typ, to "Skrzypek na dachu" , "Stalowe Magnolie", Życie jest piękne".

4. film, który Was zawsze rozbawi i jest cudownym rozpraszaczem złych nastrojów. Mój to "Amelia", "Bridget Jones". To tak na gorąco, ciekawe, o których tytułach zapomniałam i Wy mi je przypomnicie.

Trochę słońca …

zimnica, deszcz,w ogóle bryndza, czyli listopad w maju (końcówce, przypominam;), a tu w skrzynce wczoraj kartka ze słonecznej Grecji, od koleżanki;) Oj, jak się od razu serducho rozpromienia.

Przy tej okazji, wiecie, że kartki zbieram, kolekcjonuję, bo już kiedyś o tym pisałam.

Jest też tak, że kilka kartek stoi zawsze u mnie na półce. W czasach dziecięctwa i młodości błogiej na biurku, gdzie zerkałam na nie podczas odrabiania lekcji, teraz w sypialni.

Niektóre z kartek stoją dłużej, inne czasowo są wymieniane. Obecnie ze stałej ekspozycji są kartki z Japonii i z Rio de Janeiro.

Takie tam o blogach refleksje…

takie tam moje refleksje na temat blogów…

Jak zaczynałam pisać, to blog miał być tylko o podróżach. Z czasem , zaczęła być potrzeba pisania czegoś więcej, bo i czemu by nie…i tak zaczęły się wpisy o tym i o owym…

Poznałam ludzi na blogu. Też z czasem. Pamiętam moich pierwszych "stałych" czytelników. Do nich należy Monoli;)

Z czasem sama zaczęłam zaglądać na coraz ich większa ilość, sporo z nich dodałam do ulubionych …ale zaczynam widzieć, że przez to, że sporo ich nagle się zrobiło, mam mniej czasu na regularne odwiedzanie. Fakt, wszyscy sa ciekawi i nie umiałabym zostawić teraz kogoś, ale żal mi, że mam mniej czasu na pisanie i te nasze blogowe rozmowy. Zresztą, to samo zauważam u innych. Ci, którzy mieli mniej "czytaczy", zaglądali częściej, teraz, kiedy rośnie im lista, zaglądają rzadziej, być może gdzieś indziej znajdują coś więcej, niż te moje wypociny, może gdzieś tam jest ciekawiej, może też mają mniej czasu, może nie zżyli się z moim blogiem (wielu z nich widuję na kilku konkretnych blogach, widać,że tam czują się dobrze)…niby rozumiem…a trochę żal tych odwiedzin…

„Mroczne Sekrety” , Adele Geras…

Książkę widziałam już jakiś czas temu, kiedy krzątaliśmy się po "Empiku". Wtedy mnie nęciła, ale nie na tyle, aby kupić. Potem zupełnie o niej zapomniałąm. Kiedy szukaliśmy czegoś na podróż, nabyłam ją między innymi. Nawiasem mówiąc, na 3 książki, które wtedy nabyłam na podróż, żadnej z nich w rezultacie do czytania nie wzięłam, za to już dwie z nich czytałam po powrocie;)

"Mroczne Sekrety" autorstwa Adele Geras to książka, która bardzo mi się spodobała. Do tego stopnia, że nie mogłam się od niej oderwać.

Do rodzinnej posiadłości ściąga cała rodzina, aby wziąć udział w uroczystości, a mianowicie obchodach 75-tych Urodzin Seniorki rodu. I oto , czytając opisy owych przygotowywań do wielkiego przyjęcia, poznajemy sekrety rodziny. Sekrety, które spiętrzą się do tego stopnia, aby wreszcie stworzyć spektakularne katharsis…

 Jak w zyciu, okazuje się, że mamy wiele tajemnic, które często skrywamy przed innymi. Nie chcę za wiele pisać, być może ktoś z Was skusi się na lekturę książki, niemniej jednak bardzo ją polecam.

Dobre tłumaczenie, wartka akcja, dobrze zarysowane postacie z realnymi charakterami. Warto przeczytać.

Po wizycie…

takie tam moje refleksje po Pielgrzymce Papieża Benedykta XVI w Polsce.

Po pierwsze, okazał się bardzo ciepłym człowiekiem. Chyba dużo bardziej, niż się spodziewałam widząc go w TV do tej pory.

Po drugie, chyba też sam się bardzo bał tej wizyty. I , jak sądzę, okazuje się, że jednak wyszło dobrze. Dużo lepiej , niż się spodziewać mogliśmy. I my i On.

Po trzecie, nie usiłował na siłę naśladować Jana Pawła II i to mi się podobało. Był sobą. Pozostał sobą. Co bardzo cenię w ludziach. To, kiedy nie usiłują na siłę zagrać "fajniejszych, lepszych, milszych, bardziej wypasionych", niż są…

Po czwarte, zabrakło mi trochę wyraźnego stanowiska w kierunku sekty, ale to rozumiem, że załatwia się niekoniecznie publicznie. Ale czekam na wyraźną reakcję z Jego strony.

Powiem też coś, co pewnie wszyscy wiemy, ale co tam, rzucę sobie truizmem. Polacy są jednak najbardziej gościnni na świecie;))

Zbytnia szczerość…

wracam ja sobie nic nie podejrzewając do domu i włączam komputer, a tu email. Email od matki. Nie, nie mojej. Moja nie wysła do mnie emaili, mamy na szczęście bliższy kontakt;) Nie matka Polka. Matka Węgierka, obecnie mieszkająca w USA. Zostałam zasypana szczegółami z jej porodu. Z detalami dotyczącymi poszczególnych faz rozwarcia i stwierdzeniem, że poród był 100 razy gorszy, niż kiedykolwiek myślała.

Ups.

Co mnie to w ogóle obchodzi?????? Nic. Cudze porody obchodzą mnie dokładnie tyle, co zeszłoroczny śnieg.

Nic nie odpiszę, bo i co mam niby napisać?

Ale tak sobie myślę…dlaczego są osoby, które uważają, że kogoś takie szczegóły mogą w ogóle obchodzić?? Na szczęście nie mam koleżanek, które zamęćzałyby mnie szczegółami z ich porodówek. Ale jak się okazuje, są panie, które radośnie się wszelkimi szczegółami podzielą…

Porządki na blogu…

dopieszczam bloga;) Wreszcie znęciłam się na założenie kilku kategorii. Szkoda, że uzupełnianie w starych wpisach jest takie czasochłonne, bo , przyznam się, nie chce mi się poprawiać daleko wstecz. Ale od tej pory będzie schludniej na tym moim dzienniku codzienniku;)

„Blondynka na Kubie” Beata Pawlikowska…

lubię czytać opowieści z podróży Beaty i podobają mi się teraz, kiedy są wydawane na kolorowym papierze, z ciekawymi zdjęciami (aczkolwiek waga wzrosła i na przykład w momencie zastanawiania się nad książką na wyjazd ta akurat przegrała w przedbiegach). "Blondynka na Kubie" opowiada o kraju, który od pewnego momentu intryguje mnie i nęci, a już od kiedy obejrzałam "Buena Vista Social Club" kusi coraz wyraźniej. Czyta się szybko, zdjęcia ogląda z przyjemnością , polecam.

Sama na siebie się złoszczę, za to, co …

czasem robię…ale nie umiem, taka jestem. Zbyt skomplikowana, aż dla siebie samej, stąd moje wieczne problemy, emocjonalne, z ludźmi itd.

Na przykład, kiedyś tam wspominałam na blogu o J. Ponieważ poznałyśmy się na pewnym forum po moich sparzeniach się na tak zwanych przyjaciołach, więc jako przyjaciółki jej nigdy nie rozpatrywałam. Ale bardzo fajna to znajomość była. Spotykałyśmy się i z dziewczynami (niestety, babskie li i jedynie tamto forum było i to chyba był problem) z tamtego forum i same na babskie ploteczki i z naszymi mężami, którzy chyba też się polubili. W ogóle, wydawało mi się, że się polubiliśmy i cieszyliśmy się z P.,że mamy nowych znajomych. Niestety, radość trwała niezbyt długo i jednak się ta znajomość urwała. Z jej strony. My próbowaliśmy. Jednak ja mam taką cechę, że nie lubię grać do jednej bramki i jeśli ktoś wyraźnie się miga, to nie męczę go, daję mu spokój. Ale, było mi bardzo przykro. Lubiłam J. i wczoraj , wysłałam jej sms  z życzeniami, a co tam…ona mi na Święta wysłała, więc się zrewanżowałam. Odpisała mi bardzo miło , i rzuciła hasło "a może się kiedyś spotkamy". I co? Logika może nakazywałaby odpisać, pewnie, a kiedy? I umówić się…problem jednak w tym, że przymiotnik logiczna, to taki, którym mnie osobiście nie często da się określić. Cóż bowiem zrobiłam ? Ano, ponieważ te 3 lata temu, kiedy czułam, że się nasza znajomość rozwala, właśnie tak to się odbywało, a więc zapewnienia, że "musimy się spotkać", z których to nic nie wynikało, więc byłam przekonana, że i tym razem jest to zwodzenie mnie, takie japońskie "spotkajmy się", z którego nic nie wynika. I chociaż P. namawiał mnie, żebym napisała do niej, że fajnie, to niestety…nie dość, że czekałam z sms do dziś, to odpisałam miło i w ogóle, ale nic o spotkaniu nie wspomniałam. To nie jest tak, że chcę, żeby mnie teraz błagała o spotkanie, czy coś, wiem, że tak nie będzie…ale ten strach, że wtedy znowu (chociaż obiecywałam sobie, że tak nie będzie), dałam się nabrać, zaufałam, że tym razem jakaś fajna znajomość z tego wyniknie, a potem wyszło, jak wyszło…to sprawiło, że teraz podejrzewałam, że znowu to takie niezobowiązujące hasło, po którym ja będę mieć nadzieję, a nic z tego nie będzie.

Ot i już. I poszedł sms, a ja się rozryczałam. Głupek ze mnie.