Pogoda, jaka jest każdy widzi;)

"W sam raz" na długi weekend;)

Aż się cieszę, że na razie jesteśmy w domu. Przed południem P. pojechał do naszej znajomej, która prowadzi szkółkę roślin i odebraliśmy dwa kiwi (będą piąć się po kratce zamiast dławisza, który nas olał), 10 sztuk aksamitków w trzech kolorach, i , jednak …cyprysika japońskiego. Jednak piszę, bo zeszłoroczny niestety źle zniósł przeniesienie do mieszkania. W tym roku opatulimy mu na zimę doniczkę i zostanie na balkonie. Zresztą, kogo obchodzi zima, jak wiosna dopiero co się zaczęła?:)

Po południu praliśmy, ogarnęliśmy mieszkanie, zjedliśmy obiad, a wieczorem wyszliśmy na sushi i do galerii, gdzie nabyłam jeszcze parę rzeczy na wyjazd.

Myślałam, że uda mi sie dopaść "Blondynkę na Kubie" Pawlikowskiej i wznowioną podobno pierwszą część autobiografii Chmielewskiej, ale nie znalazłam w Empiku. Może po powrocie.

Długi weekend …

ludzie wyjeżdżają. Czytam teraz na blogach. Są plany na grilla z przyjaciółmi, są plany wycieczek. Patekku obiecała mi pocztówkę;)

Naród wyrusza na podbój, czy to kraju, czy zagranicy!

Wszystkim życzę miłego odpoczynku. My wyjeżdżamy dopiero w środę. Ciekawe, czy ktoś zostanie i będzie na forum, czy blogu…

Warszawa się wyludnia…

robi się ciszej, spokojniej. A u nas , na Kabatach widać to bardzo, bo tu sporo osób spoza miasta. Właściwie, większość. Najbardziej widać to właśnie w takie długie weekendy i wakacje…

Jakby przycichło na górze…może sąsiedzi się ruszą i będziemy mieć piękne preludium do urlopu? Cisza, spokój. Aż boję się pomyśleć, żeby nie wykrakać i zaraz ich nie usłyszeć , jak tupią i walą mi nad głową.

Hmm, rozmarzyłam się;)

ps. wykrakałam;( jednak znowu tupią…oj, oj, czyżby jednak nie wyjeżdżali na te parę dni? A tak nas rozpieścili swoją nieobecnością na 1 listopada, na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, że aż się nastawiłam na ten weekend;/

Finał…

mam 30 lat, a naiwna, jak dziecko.

Dziś już dostałam emaile od M. Po pierwsze , co chociaż pocieszające, raz jeszcze podziękowała mi, że mogła mi się wyżalić, wygadać i że jej napisałam te moje odpowiedzi. Ale, ale…ale oczywiście, niepotrzebnie aż tak się przejmowałam, bo już zaczęli rozmawiać i ona chce , żeby dali ich związkowi kolejną szansę. Kolejną i to ona będzie dawać, bo facet się nie poczuwa.

A już sobie tyle razy obiecywałam, że po takim jej alarmującym emailu mam odczekać i nie przejmować się aż tak, tylko spokojnie odpisać za parę dni, kiedy oni już są pogodzeni?

No więc, od dziś obiecuję sobie, że tak będzie.

Howgh.

Nie mam już siły.

Dobrze chociaż, że P. widząc mnie wczoraj w naprawdę kiepskim stanie wymusił na mnie solidny spacer. Wiosną i latem wychodzimy na spacery prawie codziennie, ale wczoraj miałam taki stupor. Jednak mnie pogonił do wyjścia i dobrze. Przy okazji zobaczyłam, że w tych naszych kabackich knajpkach życie wieczorno towarzyskie wre. No i pewnie. Przynajmniej jest z przyjaciółmi gdzie pójść wina, czy piwa się napić. Czy soku, w wersji bez procentów;)

Roztrzęsłam się…

Roztrzęsło mnie…

Jednak bardzo biorę na siebie kłopoty, zmartwienia innych…

Jestem świeżo po lekturze listu od przyjaciółki z Australii. Oczywiście znów kłopoty z mężem. A jak by ich mogło nie być, skoro z tym małżeństwem, to było losowanie? Czy znając kogoś emailowo i przez kilka tygodni, kiedy się z nim było na wakacjach można zadecydować "Tak, to ten, na dobre i na złe". Aczkolwiek znam kogoś, kto po 2 dniach się zdecydował i właśnie żyje z mężem już ponad 40 lat i jest szczęśliwy, to nie wierzę w powszechność takich szczęśliwych rozwiązań.

A najgorsze, że M. dla tego dupka zostawiła kogoś bardzo fajnego i wartościowego. Wiem, bo z P. poznaliśmy jej eks, kiedy przyjechał po rozstaniu do Polski. Fajny , rozsądny, z poczuciem humoru chłopak, który przede wszystkim KOCHAŁ M. Ten jej obecny mąż, to egoista pierwszej wody, przy, niestety, dużych skłonnościach do znęcania się psychicznego. Widziałam to przed Ślubem.

Ile to przegadałyśmy minut te 3 lata temu, kiedy zrywała zaręczyny z R… Jaką jednak wtedy miałam nadzieję, że się nie zdecyduje na ich zerwanie. A jednak zerwała. I postawiła wszystko na jedną , bardzo niepewną kartę. Jestem jej przyjaciółką, więc jeszcze potem po prostu miałam nadzieję, że to ja uprzedziłam się do T. , jej nowego faceta, który szybko stał się jej mężem, że może to moje niepotrzebne podejrzenia. I że wolałabym, żeby tak było. Niestety, wszelkie znaki na ziemi i niebie, a także reakcja jej rodziców, i przyjaciółki, którą przy tej okazji tam straciła, powinny mi pokazać, że nie wymyślałam sobie, że nie jest dobrze.

I nie jest.

Moja przyjaciółka jest w toksycznym, bardzo niebezpiecznym dla jej psychiki związku.

Te zmiany na gorsze widzę już od samego początku.

Teraz to się pogłębia. Nie ma już mojej "starej " M. Jest nowa. Która mi się prawdę mówiąc dużo mniej podoba. Bo ma mówić, co on jej każe, czy na co pozwoli. Bo może założyć taką sukienkę, jaką on jej pozwoli.

Bo nie może widzieć się z siostrą, której on nie znosi, jeśli on jej na to nie pozwoli.

Najgrosze, że mieszkamy ŚWIAT od siebie. To nie Warszawa, że umówiłybyśmy się w naszej przytulnej kabackiej restauracyjce na pyszną kawę i przegadały sprawy…

W dodatku, pan i władca, cenzor numer jeden, od 2 lat siedzi sobie przy każdej rozmowie telefonicznej, jaką ona do mnie wykonuje.

Młoda, śliczna, niegłupia dziewczyna, ucząca się i robiąca karierę, a z drugiej strony zniewolony stwór.

Jak jej pomóc??????

Po dzisiejszym emailu widzę, że są tam również inne poważne sprawy, problemy, które są na serio poważne……….

Czuję się bezradna…

Dzień fatalnych wiadomości;(((((((

Dziś jest paskudny dzień, paskudny…zewsząd dowiadywałam się złych, smutnych, przygnębiających wieści.

Najpierw wyczytałam na blogu koleżanki, że czeka ją centrum onkologii i operacja….strasznie się tym zdnerwowałam…potwornie.

Następnie po przyjściu do domu wieczorem dostałam email od koleżanki, która napisała mi, że jej brat trafił do szpitala z guzem na płucach;( nie wiedzą, czy to gruźlica, czy coś innego…:(

Teraz, dosłownie przed sekundą, sms od przyjaciółki z Australii…pisze, że coś się złego dzieje, ma kłopoty i napisze mi dziś długi email…

Nie przerabiam…zbyt mnie to martwi, dotyka, przejmuję się. Tak chciałabym im pomóc? I co? NIC…tak to przynajmniej czuję. Czy fakt, że obiecam im, że się za nich pomodlę, że wierzę, że wszystko będzie dobrze , na pewno będzie dobrze, czy to im pomoże??

20 lat temu miałam 10 lat…

powoli zbliżał się majowy weekend. Te 20 lat temu końcówka kwietnia była ładna, prawdziwie wiosenna, a więc wraz z dzieciakami szaleliśmy na dworze. Ani nam do głowy przyszło (komu przyszło?) , że w tym samym czasie gdzieś tam pęka sobie atomowy reaktor. Uwalnia się śmierć.

W następnych dniach wiele nie pamiętam. Wiem, że rodzice rozmawiali z zatroskaniem. Nam, dzieciakom, wtedy wydawało się to dość nierealne, raczej postrzegane w kategorii wątpliwej (teraz to wiem), ale jednak atrakcji…pamiętam kolejki po płyn Lugola.

Potem właściwie nie pamiętam zbyt dużo. Jak się ma 10 lat, to takie sprawy nie zaprzątają ci głowy.

To wraca, kiedy teraz coraz więcej słyszy się o kłopotach, które dotykają wtedy moich rówieśników. Kłopotów ze zdrowiem, z zajściem w ciążę, o tak częstych poronieniach. Znak czasów? niezdrowych, zabieganych? czy jednak wpływ tamtego kwietniowego dnia, kiedy mieliśmy tego pecha, że żyliśmy w bloku zakłamanej komuny, która człowieka traktowała , jak bydło, któremu nie należy się rzetelna informacja, nawet czasem ta niemiła?

Gdyby nie Mikołajki , a potem radio zachodnie i ogólnie zachodnie media, przecież nic byśmy nie wiedzieli.

Moja Ciocia, siostra Mamy, opalała się tego dnia lub może następnego. Była młodą dziewczyną i wtedy szalała za słońcem. Poszła więc się poopalać , bo słońce kochała a pogoda akurat, jak wspominałam, tego dnia wspaniale dopisałam. kiedy wróciła, wujek podobno zażartował "Wiesz, coś ci to słońce zaszkodziło, jesteś zielona"…

Ciocia nie żyje od prawie 8 lat (w tym maju mija rocznica)…rak. Który być może nie uaktywniłby się, gdyby ktoś z naszych władz ostrzegł ludzi, aby starali się jak najmniej na dworze czasu spędzać. Czy to by coś pomogło? Nie wiem, być może nie, ale i swiadomość, samopoczucie mielibyśmy wszyscy lepsze…

Ot, takie moje reflekscje z okazji 20 rocznicy awarii reaktora atomowego w Czarnobylu…

Znów o przyjaźni…

Judytta na swoim blogu poruszyła ciekawy temat przyjaźni, rozwijaniu znajomości, zwłaszcza tych "nowoczesnych", internetowych, które być może w przyjaźń się rozwinąć mogą.

A ja? Cóż, już chyba kiedyś o tym pisałam…po przykrych doświadczeniach już chyba w przyjaźń w swoim życiu nie wierzę. W znajomość, koleżeństwo, jak najbardziej, ale …nie wierzę, że spotkam jeszcze kogoś, kogo będę mogła nazwać przyjacielem. Fakt, że wynika to z różnych powodów. Moich złych doświadczeń, tego, że jestem z wiekiem coraz większym dzikusem. Cóż, tak mam. Co nie oznacza, że zupełnie zamykam się na ludzi. Ale nie jestem tą otwartą , może trochę naiwną, Chiarą sprzed choćby dziesięciu lat…

Świat nie jest czarno-biały…

Nie ma ludzi albo całkiem złych, albo aniołów, tak, jak nie ma sytuacji czarno-białych. Po prostu, w świecie nie ma kontrastów. Przynajmniej ja tak uważam.

A nasunęło mi takie rozmyślanie wspomnienie pewnej osoby. Pani E.  To była współpracownica mojej Mamy. Osoba, która w pracy nie była lubiana. Nie byłą lubiana za swoją asertywność, za pewność siebie, także za twarde zdanie, a czasem wręcz za trudność we współpracy. Nawet moja Mama, dusza człowiek, taka, która o nikim złego słowa nie powie, czasem przez nią miała mocno popsuty dzień…Bo ta pani potrafiła w pracy dać innym w kość. A ja ją jakoś polubiłam. Nie wiem, czemu, ale…wzajemnie się wyczułyśmy. Polubiłyśmy. Potrafiłam wpaść do niej do pokoju i pogadać. Przed naszym Ślubem zabrała mnie do sklepów i kupiła nam kilka naprawdę ładnych prezentów Ślubnych, takich od serca, które my chcieliśmy, a nie na odwal się.

Poza tym, pod skórą tej twardej, postrzeganej jako niesympatyczna, osoby, krył się i kryje dalej dobry człowiek. Kiedy jedna z pań po nagłej śmierci syna wpadła w mega depresję, która potrafiła objawiać się u niej nawet lekomanią i alkoholizmem, i przyszła raz do pracy w stanie wyraźnie wskazującym, tylko pani E. zostawiła to, co w tym momencie robiła, po prostu, nałożyła kurtkę, zamówiła na swój koszt taksówkę i odwiozła tamtą pijaną kobietę do domu, zadzowniwszy wcześniej do jej męża.

Mnie osobiście też pomogła kilka razy. Czasem rozmową, czasem radą.
Wiedząc, że zbieram pocztówki, taka nastolatka marząca o podróżach (czy wtedy mogłam sobie pomarzyć, że kiedyś będę mogła podróżować??), kiedy pojechała na Maltę , 15 lat temu, przywiozła specjalnie dla mnie kilka pocztówek. Teraz ja tam jadę. I wpadłam na pomysł, że wyślę jej pocztówkę z Malty. Właśnie za to, że dla mnie ona była zawsze dobrym człowiekiem. Także dlatego, że teraz jej życie jest bardzo ciężkie i monotonne. Jako, że nie założyła własnej rodziny, to jej przyszło zajmować się dzień i noc (dosłownie) chorą ciężko matką. I tak, praktycznie nie opuszcza ona domu, choć od mojej Mamy, która do niej dzwoni, wiem, że ma kłopoty zdrowotne i powinna sama zajrzeć do lekarza.

Nie ma ludzi czarno-białych. Każdy z nas ma swoje wady i swoje zalety, jak pani E. Może ona nie umiała współpracować z ludźmi , może kiedyś źle wybrała,że poszła pracować w zespole. Niemniej jednak dla mnie ona zawsze była dobra i nie mogę na nią złego słowa powiedzieć.

Dziś rozmawiałam z moją Mamą o niej. I o tym, że chcę wysłać do niej tę kartkę. Moja Mama zadzwoniła do niej po adres. I, śmieszna rzecz, a może jednak telepatia też istnieje? , okazało się, że pani E. też dziś nas wspominała.

Nie wiem właściwie, czemu to napisałam. Może po prostu chciałam Wam napisać o pani E. A także o tym, że czasem ktoś, kogo nie lubimy, dla kogoś innego wydawać się może kimś całkiem innym…

Świat nie jest czarno-biały. Ma swoje odcienie. Warto czasem im się przyjrzeć i je zgłębić……….