Wpis Provence w wątku o książkach przypomniał mi coś. Otóż, pamiętam, jak bardzo przeżyłam swoją pierwszą podróż na Kretę. To była dla nas obojga w ogóle pierwsza podróż do Grecji, myślę, że od tamtej pory mogę datować swą wielką i niezłomną miłość do Krety właśnie, gdzie narodziła się przecież kultura europejska.
Otóż, tam przeżyłam własne, prywatne, oświecenie, coś w rodzaju iluminacji, która na mnie spłynęła…a miało to miejsce nie w osławionym Knossos, a podczas innej wyprawy do Pałacu a raczej jego ruin, pozostałości pałacu, w Malii.
Stałam tam pośród tych ruin, które na szczęście nie zostały "zmasakrowane", jak te w Knossos, gdzie Evans puścił wodze chyba zbyt wybujałej wyobraźni.
Stałam więc pośród tych ruin, było bardzo mało ludzi, raptem parę osób, zwwiedzało sobie owe ruiny w znacznym od nas oddaleniu, na głowę lał mi się południowy słoneczny żar, cykady cykały, jak oszalałe, a ja wodziłam palcem po znaku , po wyrytym na kamieniu znaku topora…I tam właśnie zrozumiałam jedno. Jestem Europejką. Jestem nią na wskroś. Nie byłabym w stanie zagnieździć się w kraju innego kręgu kulturowego, niż europejski. To nie ksenofobizm, nie, to po prostu bardzo silne poczucie współnależności do tego kręgu kulturowego, którego początki dotykałam sama tam, w ruinach pałacu w Malii…
Tak to nagle wtedy mi spłynęło do głowy, takie moje myśli. Podniosłam głowę, a dookoła nic się nie zmieniło. Inni turyści dalej rozprawiali ten spory kawałek od nas, dalej na głowę z nieba lał się żar, dalej cykady cykały jak oszalałe. A ja już nigdy nie byłam taka, jak wcześniej.
