cóż, nie mogę powiedzieć, że książki Caroline Graham zachwycają mnie, jak Agatha na przykład. Żeby być szczerym, owszem, są dobre, ale dla mnie, tylko dobre. Po pierwsze, potwornie denerwuje mnie Troy i to tak bardzo, że cieszę się, że nie muszę takiego kogoś spotykać w realu , a raczej, że jeśli spotykam, omijam szerokim łukiem. Ja wiem, wiem, że to pewnie oznacza, że autorce udało się stworzyć wiarygodną postać , poruszającą jakieś tam moje emocje i to już jest na plus. Być może. Niemniej jednak w książkach Graham irytuje mnie fakt, że wszyscy tam zdają się być z lekka patologiczni. Ja wiem, że każdy z nas ma swoje zmartwienia, jakieś ukryte problemy itd, ale w jej książkach jest to tak wyeksponowane, że obraz świata tam obecny mnie osobiście zniechęca. Właściwie nie ma tam osób bez jakichś mniej lub bardziej widocznych problemów , czy zmartwień. Rozumiem, że może autorce jest to potrzebne do stworzenia tła do kryminału, ale może właśnie ciekawiej byłoby, gdyby wśród tych problemów czasem komuś coś się udawało? a mimo to był sprawcą mordu na przykład? Hmm…
A może jakoś się czepiam? Kazisi, błagam, nie obrażaj się za ten wpis, ja z tych, co w sercu, to na języku;) Ale mam nadzieję, że nie ucierpi na tym nasza znajomość;))