Specjalnie dla Kazisi;) O japońskiej fascynacji…

Skopiowałam z mojego forum o Japonii.

—————

Bo ja tak ostatnio zaczęłam dumać, skąd i dlaczego tym krajem się
zainteresowałam, jak to jest, że właśnie Japonia? Wiem, że od zawsze;) Ale
czy gdzieś był początek??No, chyba być musiał, jak we wszystkim…i tak
przypomniałam sobie, że nie serial Oshin zapoczątkował moją miłość do
Japonii. A zegarek:) A tak. Mój Ojciec pracował w Instytucie, który kiedyś
odwiedziła delegacja Japończyków. Zwiedzali, poznawali nasze technologie
(ciekawe, czy czegoś się mogli od nas nauczyć, nie sądzę), i w ramach
pożegnalnych prezentów zostawili parę pierwszych zegarków elektronicznych.
Ale nie plastykowego badziewia, nie nie…zegarki były bardzo ładne, na
metalowej bransolecie , a w środku szkło w rubinowym kolorze. Godzinę
sprawdzało się po przyciśnięciu przycisku, więc tylko świeciło
chwilowo…pamiętam, że byłam baaardzo mała, kiedy Ojciec przyniósł do domu ten zegarek, a ja brałam go w ręce i podziwiałam…
Heh, może to wtedy "coś" zakiełkowało? Potem był serial Oshin, a był kiedy ja
byłam w drugiej klasie podstawówki. No i pooooszło, zaczęło się na całego…
Nie śmiejcie się, ale tak mnie dziś wzięło na wspominki;)

————-

To już Wiesz Kazisi, skąd się wzięło…było we mnie od zawsze;) Ten typ tak ma…

Czytelniczo…

Pisząc tytuł postu popełniłam literówkę i zamiast "czytelniczo" ukazało się "czytleniczo"…I nawet się zastanawiałam, czy tak nie zostawić, wszak dla mnie książki, to jak tlen niemal;)

Wczoraj skończyłam ostatni tom cyklu Narnii. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że całkiem mi się podobało. Mówię ze zdziwieniem, bo przecież ja za fantasy nie przepadam. Muszę powiedzieć, że pierwszy i ostatni tom podobały mi się najmniej. Natomiast "Podróż Wędrowca do Świtu" jest według mnie najlepsza i baaardzo mi się podobała.  Może to dlatego, że dzieciakiem będąc marzyłam o podróży statkiem dookoła świata?

Teraz na tapecie książka Petera Mayle’a "Jeszcze Raz Prowansja". Zaczęta dopiero, tak więc trudno mi na razie powiedzieć, jak mi się będzie podobała, ale zaczęło się nieźle, od opisu pana Prowansalczyka, który prał  kalesony za pomocą węża ogrodowego;)

W Warszawie śnieżyło w nocy…ciekawe, jak będzie po południu. Mamy w planach wyjazd i mam nadzieję, że już go zrealizujemy.

Nie cierpię tej zimy, nie cierpię…bardzo chciałabym, żeby się już skończyła i poszła sobie precz. Może pójdę utopić jakąś Marzannę, nieważne, że jeszcze nie marzec…

Reklamy, reklamy…

Świat reklamy…ha, jest się nad czym zadumać, z czego pośmiać…nad czym zastanowić.

Ostatnio (przypominam, że jesteśmy przed Walentynkami) leci sobie reklama karty płatniczej. I o ile te z wnukiem odwiedzającym babcię, czy rodzicami zabierającymi nastolatkę po raz pierwszy do Egiptu, aby dojrzeć , iż w życiu pewne sprawy są bezcenne, nawet mi się podobały, to ta ostatnia mnie potwornie denerwuje.

I chyba jestem w tym poczuciu osamotniona, co lepsze. Jak tak sobie śledzę internetowe fora, to widzę, że chyba jedynie mnie ta reklama irytuje. A chodzi mi konkretnie o hasło mówiące o tym, że zobaczyć błysk w oku byłego jest bezcenne…jak ją widzę, opadają mi ręce i wszystko, co może opaść kobiecie.  I wcale nie skupiam się na tej bezcenności i poczuciu niesamowitości tej pani, która się cieszy, że były dostrzegł, co stracił. I odczuwam dużą irytację. A dlaczego? ano dlatego, że odnoszę wrażenie, że w tej reklamie chodzi właśnie o to, aby podkreślić "super, twój były właśnie pokapował się, co stracił, o rety"…I tak sobie myślę, że do mnie ta reklama nie trafia. Może jestem dziwna. Pewnie tak. Bo ja osobiście uważam, że jeśli szukałabym potwierdzenia własnej kobiecości, tego błysku, który wcale nie jest niemiły kobiecie, akurat w oczach BYŁEGO, czyli osoby,z którą już nie jestem, z którą nic mnie już nie wiąże, w oku osoby, która nie jest już dla mnie istotna, nieważne, czy w wyniku mojej, czy jego decyzji, to naprawdę poczułabym się żałosna…nieciekawa. Nie szukam błysku w oku u kogoś, z kim nie jestem, nie mam takiej potrzeby. Kończę pewne etapy w swoim życiu i nie mam zamiaru ciągnąć tego w nieskończoność, nawet jeśli ma to oznaczać schlebianie mi.

Nawiasem mówiąc , jestem przekonana, że to hasło leci tylko i wyłącznie w Polsce. Bo w reklamie są tylko i wyłącznie podpisy. I jestem przekonana, że w reklamie lecącej gdzieś we Francji, Niemczech, czy Belgii , dziewczyny otrzymują komunikat "zobaczyć błysk w oku interesującego mężczyzny" na przykład. Tylko nam się dostał taki komunikat mściwości połączonej z żałością. Albo może ja to tak postrzegam. W każdym razie tej reklamie mówię zdecydowane NIE.

Kwitnące wiśnie…

Jak się Wam podobają?
Dodałam je, aby po pierwsze, trochę upiększyć ten blog, a po drugie, stwierdziłam, że to będzie dobry znak i przybliży realizację marzeń o podróży do Japonii.

Wczoraj byliśmy w biurze podróży u M. Zachęcał nas do Meksyku;) Powiedzieliśmy, że oczywiście, kiedyś, ale na razie są nasze dwa planowane wyjazdy w tym roku. Potem zgadaliśmy się na temat Japonii właśnie. Podyskutowaliśmy, że tam będąc sporo pieniędzy byśmy wydali. To poczekamy.

A ja się Wam jeszcze do czegoś przyznam…Czasem myślę, że nie chcę tam natychmiast jechać, bo bałabym się utraty złudzeń, jakie sobie wypracowałam na temat tego kraju…Boję się zniszczenia tej "mojej prawdy o Japonii", jak nazywam te wrażenia, jakie ma każdy miłośnik tego kraju przed i po wyjeździe. Każdy z nas ma swoją prawdę na temat Japonii…tak ja uważam. I trochę się czasem boję, że moja przeżyłaby bolesną konfrontację z tym, co bym tam zastała. Co nie znaczy, że się tam nie wybiorę, bo , że tak, to wiem na pewno.

Lawenda z puszki…

Zasięgnęłam języka u K. w sprawie wysiewu i hodowli tych roślinek z puszki. Oczywiście, nabyłam lawendę. Chciałam jeszcze słonecznika, ale powiedziałam sobie potem. No i dowiedziałam się, że jej samej lawenda nie wzrosła, za to jej mamie i teściowej słoneczniki urosły pięknie;)

Życie , to nieustające wybory…

Najczęściej nietrafione;)

Po lekturze Harry Pottera…

Jestem i ja po lekturze Harry Pottera.

Na wszelki wypadek, ci przed czytaniem, niech może dalej nie czytają, chociaż ja się specjalnie rozpisywać nie będę, ale zawsze może coś napiszę, czego przed lekturą nie chcielibyście wiedzieć.

Po pierwsze, ze mnie nie jest wielka fanka HP, więc brak mi tych emocji, jakie towrzyszą lekturze tych książek niektórym. Dlatego też daleko mi było do spłakania się na koniec lektury, czy też bardziej emocjonalnego jej przeżywania.

Mało tego, im bardziej się wczytywałam, a niestety, wiedziałam wcześniej z Forum Książki,  że w tej części autorka uśmierci na kartach książki Dumbledor’a, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że tu wreszcie, w tej szóstej części przygód Harryego, Rowling pokazała kawał prawdziwego życia. Tego życia, które otacza nas i tych  młodych czytelników najczęściej, życia, świata, w którym niestety , nie ma miejsca na zbyt wiele dobra, a coraz częściej ma się wrażenie, że zło triumfuje.

Poza tym, taka moja osobista refleksja, podoba mi się, że Harry dojrzewa wraz z kartami kolejnych książek. I chociaż w porównaniu z dzisiejszymi nastolatkami jest wprost aniołkowaty (nie seksi się z przypadkowo poznanymi na imprezce dziewczynami, nie próbuje narkotyków, nie klnie, nie pali i nie wie, jak smakuje piwo;) , to być może to taki proces dojrzewania człowieka tu widzimy. Odsiewając całą magię i tę otoczkę, to po prostu pokazania utraty złudzeń wraz z dojrzewaniem, i fakt, który w pewnym momencie z bólem stwierdzamy, że w życiu nie zawsze układa się po naczej myśli… a bardzo często się nie układa.

A , wracając do samej książki, nigdy nie lubiłam Snape’a. Ciekawe, czy to on okaże się Lordem Voldemortem? Tak, czy inaczej, ciekawe, jak to wszystko się potoczy w siódmej, ostatniej części, na którą na pewno przyjdzie nam poczekać teraz długo.

I ciekawe, kto w tej ostatecznej rozgrywce zwycięży??

Pod wpływem wpisu Patekku-zbieractwo

Nazywane w pewnych kręgach kolekcjonerstwem.

Co zbieram?

Oczywiście dużo za dużo, i tak gromadzę te rzeczy. Zawsze narzekam, że człowiek otacza się tymi przedmiotami, a potem na przykład w czasie przeprowadzki dziwi się, ileż to tych przedmiotów ma, ale jednak. Mam naturę zbieracza.

I tak, zbieram, podobnie, jak Patekku magnesy na lodówkę (to faktycznie przywiezione z własnych podróży ale i otrzymane od podróżujących znajomych). Ale tak, jak Patekku, to u nas na lodówce jeszcze długo nie będzie;)

Moim największym zbiorem jest jednak coś innego. Coś, co zostało przejęte, a zapoczątkowane przez moja Mamę. A mianowicie pocztówki z całego świata. Moja Mama, jak i ja, w młodości zafascynowana była innymi krajami, a wiadomo, jak się wtedy "łatwo" jeździło. No i zaczęła gromadzić. Uwielbiałam, jako dziecko oglądać te zbiory…Już wtedy podróżowałam, teraz nazwałabym to wirtualnie, oglądałam, chłonęłam…do dziś pamiętam , jakie wrażenie robiła na mnie zawsze pocztówka z Aten. Błękitne niebo (wcale nie podkoloryzowane, sama takie widuję w Grecji) i Partenon…i nic więcej, a już wtedy wiedziałam, że kiedyś, kiedyś, kiedyś sama to zobaczę. Chociaż wtedy wydawało się to nierealnym marzeniem, a jednak…

Potem przejęłam zbiór. Kiedy jeszcze sama nie jeździłam, dodawałam pocztówki od tych podróżujących znajomych…A teraz dodaję te, które dostaję od znajomych, ale i swoje własne, przywiezione.
To moja największa kolekcja i powoli dojrzewam do wielkich porządków, czyli uporządkowania według krajów…oj, byłoby roboty!

Druga moja specyficzna kolekcja, to przedmioty przynoszące szczęście. Mam więc i Oko Proroka z Turcji i Rękę Fatimy z Tunezji, mam też japońskie kotki z łapkami w górze, i japońskie amulety. I oczywiście Komboloi z Grecji, które mają uspokajać, a ja je traktuję jako przynoszace szczęście.

Co jeszcze zbieram? Bransoletki, przywiezione z wakacji, takie zwariowane, z muszelek, kamyków, koralików (ulubiona z błękitnych, sama ją sobir zaprojektowałam w Grecji).

Słonie;) no, nie te z ZOO (nie przerobilibyśmy z nakupieniem karmy, no i gdzie takie słonie przechowywac), ale ich figurki.

Małe domki z Grecji. Ci , co jeżdzą , wiedzą, że tam można kupić takie miniaturki. Zbieram sobie i kompletuję wioskę. Mam kilka domów (zwykłe i jedną dość wypasioną willę:), dwa Kościółki, jedną kafeneio, jeden hotel, teraz chcę nabyć łódkę za następnym razem.

Ikony, a raczej ich kopie, to już tradycja, że z każdej wyprawy do Grecji jakaś z nami przyjeżdża.

No , mówię, że za dużo człowiek zbiera tych rzeczy!

ps. no i zapomniałam kompletnie o zakładkach do książek. A mam ich, policzyłam ostatnio, 18 sztuk! W tym skarb, zakładka z Japonii…Ale największą chyba radość sprawiają mi te zrobione przez kogoś, a mam takie w zbiorach dwie.

Mówię, maniaczka przedmiotów;)

Ten dzień był taki sobie…

Oględnie mówiąc, bo był kiepski. Nerwy mi puściły dwa razy, nawet raz się zryczałam. Na sam koniec, w Arkadii spotkałam, może inaczej, widziałam dziewczynę, której nie lubię…znamy się z osiedla, potem chodziłyśmy nawet razem do jednego liceum, ale nie lubimy się wzajemnie. I tak, jak mieszkałyśmy w jednej dzielnicy (ona chyba w niej pozostała), to nie spotykałyśmy się przez 10 lat. A w lipcu leciałyśmy z naszymi rodzinami na wakacje i wracałyśmy tym samym samolotem (mam fuksa, że nie przebywałyśmy w tym samym hotelu)…i od tej pory widzę ją trzeci raz…hehe, to było takie dopełnienie tego dnia, że już na koniec zaczęłam się z tego śmiać.

Ale za to na pociechę kupiłam sobie w Saponarii dwie świeczki zapachowe , a w innym sklepiku lawendę do wysiania w puszce. Wiem, że K. takowe zamawiała na Allegro, spytam się jej, jak hodować.

Teraz buszuję po Waszych blogach, piję zieloną herbatkę…na uspokojenie;)