Wiener Schnitzel? Czemu nie?

Moje Imieniny zaczęłam w bardzo sympatyczny sposób, od wycieczki na Prater. I nie wielkie wesołe miasteczko było obiektem moich westchnień, a to wielkie słynne Młyńskie Koło, które góruje nad wesołym miasteczkiem.
Wchodzi się do wagonika, a on powoli przesuwa się w górę, a ty możesz wtedy podziwiać przepiękną panoramę Wiednia. Ta przejażdżka młyńskim kołem jest naprawdę przyjemną rozrywką. Podziwiałam więc po raz kolejny, jak wiele zieleni jest w Wiedniu. Także widzieliśmy dachy kościołów, które potem zwiedziliśmy, widzieliśy też UNO City, czyli siedziba różnych organizacji międzynarodowych, w tym ONZ, widzieliśmy też Wzgórze Kahlenberg, które odwiedziliśmy prawie na końcu naszej wyprawy.
Po zakończeniu szybowania w chmurach na młyńskim kole poszliśmy zobaczyć wesołe miasteczko, nie skorzystaliśmy z żadnej z atrakcji, wolelismy bowiem wrócić w stronę metra wzdłuż główniej alei Prateru. Stamtąd pojechaliśmy na chwilę zobaczyć wyspę na dunaju zwaną Donauinsel , czyli Wyspa Dunajska. Na niej położone są restauracje i kluby, w których zapewne wieczorem można się wybawić. My rzuciliśmy okiem na Dunaj , obejrzeliśmy nieco bliżej UNO City i wróciliśmy do centrum, gdzie odbyliśy rundkę po Kościołach, najpierw wstąpiliśmy do Stephansdom, a potem do kościoła Dominikanów i Jezuitów.
W Stephansdom podziwialiśmy sklepienia, wnętrze, w tym jej najcenniejszy zabytek, 16 wieczną kazalnicę z przedstawionymi na niej postaciami czterech Ojców Kościoła. Z zewnątrz Katedra wygląda naprawdę imponująco, szczególnie jej 137 metrowa wieża południowa, zwana przez Wiedeńczyków pieszczotliwie Steffl.
Początki katedry sięgają podobno 1130 roku, kiedy to została na tym miejscu zbudowana romańska bazylika.
Wieczór spędziliśmy ucztując i obchodząc moje Imieniny w jednej z najsłynniejszych restauracji Wiednia, słynnej Griechenbeisl, prawdopodobnie najstarszym wiedeńskim zajeździe, odwiedzanym w przeszłości przez takie sławy, jak Beethoven, czy Brahms. Oczywiście zamówiliśmy tam słynny Wiener Schnitzel i butelkę dobrego austriackiego wina.

Nad pięknym, modrym Dunajem…

Wiedeń…
Jedno z najpiękniejszych miast, jakie jak dotąd widziałam i zwiedziłam. Jak dla mnie, mogą się przy nim schować Rzym, czy nawet, tak, tak, osławiony Paryż. Na moje odbieranie miast bowiem wpływ ma także otoczenie, ludzie w nim mieszkający, to, jak oni odnoszą się do turystów, a w Wiedniu zawsze mi się miło spędza czas.
Była to moja trzecia wizyta w tym pięknym mieście, a mojego Męża pierwsza. Baaardzo byłam ciekawa Jego opinii. Ja zawsze opowiadałam Mu o moich dwóch poprzednich wizytach w pięknym naddunajskim mieście, ale wiadomo, to, co mnie się podoba, nie musi się podobać innym. W tym jednak przypadku okazało się, że mamy takie same gusta. Wrócił zachwycony z naszych wakacji!
Pierwsze, co powiem to to, że kto był w Wieniu, a nie spędził przynajmniej godziny w kawiarni rozkoszując się wspaniałą kawą przygotowywaną na wszelkie możliwe sposoby, i nie spędził przynajmniej trochę czasu wystawiając swą twarz na promienie słońca w którymś z pięknych parków miejskich, to…nie był w Wiedniu…..to jest moja opinia i nic jej nie zmieni.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy przy wjeździe do Wiednia i potem podczas zwiedzania, to fakt, że jest to niezwykle zielone miasto. Tam nie wycina się drzew pod nowe budowy, a raczej stara się je wkomponować w architekturę terenu. Jest dużo zieleni, jest też bardzo dużo parków i miłych skwerów, tak zwanych terenów zielonych, w których można się cudownie zrelaksować i odpocząć. Oprócz tego bardzo dużo miejsc, placów zabaw dla dzieci, tak więc i one nie mogą narzekać.
Jednym z parków, które odwiedziliśmy, był oczywiście Stadtpark, w którym jest pomnik Johanna Straussa z 1925 dłuta Edmunda Hellmera.
Stadtpark jest najstarszym parkiem publicznym Wiednia.
Kiedy do niego weszliśmy była 16.00 a ku naszemu zdumieniu, w dzień powszedni, całkiem sporo osób spędzało w nim czas. Mamy z dziećmi, które oczywiście karmiły gołębie i kaczki, studenci pilnie studiujący notatki lub też beztrosko opalający twarz siedząc na ławeczce, babcie z wnukami, plotkujące staruszki, zagadane nastolatki. Niektórzy siedzieli nieco dalej na trawie, a my usiedlismy na ławeczce na wprost stawu, obserwując kaczki. Jedna z nich przeżywała właśnie kaczy dramat, gdyż była goniona przez wielkiego kaczora. Nie wiemy, co dokładnie stanowiło powód tej nagonki, ale kaczka musiała mu się naprawdę narazić. Co wylądowała na wodzie, pewna, że to już koniec, to znowu była przez niego goniona. W końcu wylazła niezgrabnie na trawę i ratowała się człapiącą ucieczką po alejce, ale i tam ją dogonił. W końcu przestał i dumnie podnosząc kaczy łeb odmaszerował w stronę stawu, a kaczka ciężko przerażona odpoczywała po tym zdarzeniu siedząc pod drzewkiem.
Stacja metra położona nieopodal została zaprojektowana przez Ottona Wagnera.
Ten popołudniowy wypad do parku był miłym akcentem relaksu po dość męczącym przedpołudniu, kiedy to poszliśmy zwiedzać Schonbrunn, czyli wspaniały pałac cesarski, którego budowę zakończono w 18 wieku. Jest tam podobno niemal 1500 sal. I jest w nim co zwiedzać.
To tam w roku 1762 wystąpił 7 letni Mozart wraz ze swą siostrą w wielkiej Galerii Lustrzanej. To tam, w Niebieskim Salonie Chińskim cesarz Karol I podpisał dokument, na mocy którego zrzekał się swego udziału w sprawach państwowych.
Sam Pałac zwiedza się około godziny. Jeśli kogoś to nudzi, lub nie ma ochoty, może wybrać się na uroczy spacer alejkami parku wokół pałacu, i pięknych ogrodów. Równiuteńko przycięte klomby, równa ściana drzew 9 krzewów (widzieliśmy machinę z drewna, która umożliwia przycinanie ich właśnie tak równo), fontanny, wszystko to stanowi miłe tło do spaceru.
Również Ogród Zoologiczny, który się mieści na terenie ogrodów pałacowych może być całkiem przyjemnym miejscem na spacer, zwłaszcza dla najmłodszych zwiedzających, które zafascynowane misiami koala, panda, nietoperzami, tygrysami, wylegującymi się na lądzie hipopotamami, spacerującymi słoniami obowiązkowo z trąbą podniesioną do góry.
Ale po całym przedpołudniu i popołudniu takiego zwiedzania relaksująca godzinka w parku była naprawdę przyjemna. Spędziliśy tam miło czas gawędząc, obserwując ludzi, gołębie i kaczki, wdychając zapach bzu, który dopiero co zakwitł i pachniał wprost obłędnie.
Nasz pobyt w Wiedniu zaczął się naprawdę bardzo przyjemnie.