Na końcu Europy…

Nastepne dwa dni to podroze samochodowe. Wynajelismy samochod na dwa dni, na niedziele i poniedzialek. W niedziele kierunek- Sintra, gdzie sa cudenka architektury, gdzie jest kilka wspanialych zamkow i Palacow. Jeden z nich Palacio da Pena, wyglada zupelnie bajkowo, na to wszystko wiec mimo bolu nogi ostrze sobie zeby.
Niestety, ten jeden jedyny dzien Portugalia pokazala nam, ze padac deszcz, to tam naprawde umie. Pada, nie, nie pada, leje juz od rana i to tak, ze kiedy dojezdzamy do Sintry, w polowie drogi musimy stanac na godzine przy drodze, jechac sie nie da, nie widac nic na odleglosc kilku metrow, a po ulewie po ulicach plyna doslownie strumienie wody!!
Kiedy wreszcie docieramy do Sintry w pierwszym Palacio National dowiadujemy sie od pani w kasie, ze z powodu tak wielkiej ulewy wysiadl prad i do zadnych obiektow dzis nie wpuszczaja. Zamkniete i koniec! No, ladnie, myslimy sobie, ale pech, no, ale co robic, przeciez szturmowac nie bedziemy, wiec wsiadamy do samochodu i ruszamy dalej, aby odwiedzic Cabo da Roca. To najbardziej na zachod wysuniety punkt Europy na ladzie stalym i nabywamy nawet certyfikat, ktory poswiadcza, ze owszem, bylismy i widzielismy.Punkt widokowy wspanialy, stoimy na stromym, wysokim klifie, w dole o skaly rozbijaja sie z hukiem fale Oceanu Atlantyckiego, skaly poszarpane z morzem sie zmagaja, w tle stoi latarnia morska, a wokol tylko ogrom Oceanu. No, powiem, ze warto to bylo zobaczyc. I choc w przewodnikach to miejsce traktowano raczej po
macoszemu, ja osobiscie jestem szczesliwa, ze moglam to miejsce zobaczyc i poczuc, ze jestem na …koncu Europy:)

Tego dnia po poludniu idziemy posnuc sie po jeszcze jednym centrum handlowym. Musimy nabyc winko i jakies drobiazgi dla krewnych i znajomych krolika, a takze wieczorem po kolacyjce przy swiecach i dobrym winku, odbywamy krotka przejazdzke starym zolciutenkim tramwajem, tez na przejechanie sie nim mialam ochote i musialam ja odbyc.

W poniedzialek od rana czuje wyjatkowo mocno nastroj saudade, to juz ostatni dzien pobytu w Portugalii i choc jeszcze caly dzien przed nami, to juz…za nia tesknie. Spodobal mi sie ten kraj, tym bardziej, ze widze, ze mamy tu mnostwo rzeczy do obejrzenia nastepnym razem. Wracajac z Copa da Roca widzialam urocze nadmorskie miasteczka, jest tez mnostwo zieleni i starych zamkow, czy klasztorow w niej skrytych, chocby Batalha.

My natomiast spelniamy nasze wielkie osobiste marzenie, marzenie juz od dawna, a mianowicie jedziemy do Fatimy. Choc ja po moim upadku mocno kuleje, i noga boli (co wykluczy wlasnie zwiedzanie Batalhy, ale spokojnie, to na nastepny raz:) to wiem, ze byc tam chce i bede!
I jestem. Wchodzimy na wielki plac przed Bazylika. Przed chwila padal deszcz, ale kiedy wchodzimy na plac wychodzi slonce…ale na ziemi ciagle jest woda…Widzimy dwie osoby, ktore na kolanach powoli suna w kierunku miejsca Objawien, obie to kobiety, podtrzymywane za reke przez ich mezczyzn. Jedna z nich, co widze po dojsciu blizej, to dziewczyna w mocno zaawansowanej ciazy…lzy wzruszenia staja mi w oczach…

Potem wracamy do hotelu, pakujemy sie, bo juz jutro o 5 rano wstac trzeba, a wieczorkiem kolacyjka w naszej ukochanej restauracyjce…Szkoda wyjezdzac, zal sciska mnie za gardlo, tyle jeszcze nie widzialam, tyle by sie chcialo.

Jeszcze ostatnia rozmowa z kelnerem, pamietali tam nas i wiedzieli, co lubimy jesc. Choc po angielsku mowi slabo, to jakos udaje nam sie mu powiedziec, ze podobalo nam sie w jego miescie , i ze, jestem tego teraz pewna, obiecuje ci to Lizbono, WROCIMY TU JESZCZE:)

Futurystyczna Lizbona

Odespalismy wieczor Fado i nastepnego dnia, w piatek 7 listopada, wybralismy sie, aby zobaczyc zupelnie inne oblicze Lizbony. Do tej pory widzielismy Lizbone leciwa staruszke, teraz przyszlo nam zobaczyc Lizbone-mloda , nowoczesna kobiete, a wiec Lizbone futurystyczna.

Pojechalismy tam przede wszystkim do Oceanarium, ale przy okazji zrobilismy sobie wycieczke po Lizbonie futurystycznej, a wiec wokol Parque das Nacoes, dawnych terenow wystawy Expo’ 98. Oceanarium Lizbonskie jest najwiekszym w Europie, a drugim co do wielkosci Oceanarium na swiecie. Najpierw wiec odwiedzilismy Oceanarium, gdzie spedzilismy dwie godziny z nosami przylepionymi do szyby. Spotkac w nim mozna mnostwo kolorowych ryb, zwierzakow i stworzen morskich, takich miedzy innymi, jak moje ukochane koniki morskie czy matwy.
Wedrujac tam czulismy sie jakbysmy sami nurkowali, a tym bardziej, ze
listopadowa Lizbona ma w sobie to COS, czym jest brak tlumu turystow!! Co nie znaczy, ze ich w ogole nie ma o tej porze roku.

Po wyjsciu z Oceanarium postanowilismy odbyc krotka wycieczke w chmurach , a mianowicie przejechac sie kolejka linowa, z ktorej podziwiac mozna Park i tereny futurystyczne. Nie zwiedzilismy wszystkich tamtejszych budynkow, choc na pewno warto, sa tam bowiem takie cuda, jak Pawilon Rzeczywistosci Wirtualnej.
No i podziwialismy Most Vasco da Gamy wiszacy nad Tagiem, nie chce sie wierzyc, ze most moze miec 18 kilometrow dlugosci, a tyle ma.

W sobote z rana nieudana wyprawa, postanowilismy odwiedzic Muzeum Narodowe. I tu porazka, o co mam tez pretensje do wszystkich przewodnikow, jakie kupilismy.
Nikt tam nie pisze, ze w godzinach przedpoludniowych do 14.00 niektore czesci Muzeum sa po prostu zamkniete. Oj, ale bylismy zawiedzeni. W sumie nie zobaczylismy wielu interesujacych kolekcji, zreszta atmosferka tam byla podobna do naszej w Muzeum Narodowym. Osobiscie wole mniejsze Muzea, takie, jak nawet wspomniane przeze mnie Muzeum Gulbenkiana, ktore jest prywatne. Szczerze mowiac teraz nie moge odzalowac, ze zamiast tluc sie do Narodowego, w ktorym i tak nic
oprocz jednego obrazu Boscha "Kuszenie Swietego Antoniego"nas nie
zainteresowalo, nie odwiedzilismy na przyklad Muzeum Azulejos. Sa tez i inne perelki w Narodowym, ale najciekawsze czesci Muzeum takie, jak meble i tkaniny i czesc sztuki orientalnej byly zamkniete.

No, ale co robic. Z Muzeum odbywamy spacer przez cala dzielnice Bairro Alto, teraz za dnia widzimy to, co do tej pory glownie wieczorami, kiedy trafiamy tam na kolacyjki:) I teraz zycie gastronomiczne wre, teraz otwarte sa glownie male restauracyjki na lunch, za to te, ktore wieczorami beda czynne na razie zamkniete na cztery spusty…W koncu w jednej z nich zjadamy dobry posilek i nabieramy sil na popoludnie. Tego dnia po poludniu odbywamy jeszcze jedna wyprawe do Alfamy i Zamku Swietego Jerzego, a wracajac zdarza sie moj maly wypadek. Tak, jak juz mowilam, Lizbona polozona na wzgorzach wymaga ciaglego
wspinania sie pod gore i schodzenia w dol. Schodzac w dol z Alfamy niestety przewracam sie i mocno tluke kolano. Skutki tego odczuwam do dzis. Niestety nastepne pare dni w ogole chodzilo mi sie zle, tym bardziej, ze odezwalo sie sciegno Achillesa.

Azulejos, saudade i Fado…

Nastepnego dnia, to jest w czwartek, 6 listopada, wyruszylismy na podboj
Lizbony.Najpierw metrem i kolejka podmiejska dotarlismy do Belem, tak przy okazji, metro tam moim skromnym zdaniem wcale nie tak rewelacyjnie oznakowane, a juz jesli chodzi o angielski, to oj, powiem tak, przez caly pobyt ze zdziwieniem zauwazalismy, ze po angielsku nawet mlodzi ludzie nie mowia za dobrze. Bylismy tym zaskoczeni, skoro staraja sie do siebie sciagnac turystow…u nas jednak duzo lepiej ze znajomoscia jezyka wsrod mlodych, naprawde. W centrum handlowym dziewczyny z takiego sklepiku z salatkami, i makaronami ledwo co mowily.No, ale dobrze, ze zawsze mozna palcem pokazac:)


No, ale wracajac do Belem.
Najpierw poszlismy zwiedzic Klasztor Hieronimitow, w ktorym jest grobowiec Vasco da Gamy. Wnetrze bardzo ladne, kolumny podpierajace sklepienie przypominaja palmy, budowla jest monumentalna ale naprawde ladna.Nastepnie dotarlismy do Pomnika Odkrywcow, wzniesionego w 1960 roku. Ma on forme wyplywajacej w morze karaweli, na czele grupy ludzi Henryk Zeglarz.
We wnetrzu jest winda, ktora mozna dotrzec na szczyt pomnika, skad rozciaga sie przepiekna panorama miasta, gdyz sam pomnik jest bardzo wysoki.
Stamtad dotarlismy wzdluz nabrzeza do Torre de Belem, to dawna wieza straznicza przy wejsciu do portu. Wieza jest bardzo ladna, nie jest duza budowla, ale jej architektura jest sliczna, wiele zdobien, mnostwo wiezyczek , i jak mowi przewodnik, jest to jedyna czysto manuelinska budowla w Portugalii. Widac tam fascynajce architekta architektura mauretanska i jest to moim skromnym zdaniem cacuszko:)
Nozki nas juz bolaly, wiec po wizycie w porcie postanowilismy , ze teraz czas na lunch.
Po poludniu zas ruszylismy do najstarszej dzielnicy Lizbony, jaka jest Alfama.
Jest to niezwykla dzielnica, w ktorej uliczki sa waskie, tak, jak wszedzie w Lizbonie, ktora polozona jest na wzgorzach, wiec prowadza one ciagle pod gore lub w dol. Uliczki wiec, a raczej zaulki sa waskie, krete i uwazaj wedrowcze , abys sie posrod wedrowki swej tam nie zgubil:)) Kamienice stare, pokryte azulejos. Tu dochodze do skarbu Portugalii, jakim sa owe ceramiczne plytki, kafelki o mauretanskim rodowodzie. Sztuka ta rozwinela tu swoje skrzydla, ze sie tak wyraze. W Portugalii widac je na zewnatrz budowli, wewnatrz, takze na sufitach i podlogach. W Lizbonie takze jest Muzeum Azulejos, szkoda, ze czasu nam zabraklo odwiedzic to muzeum, bo powiem szczerze, ze mialam na to wielka ochote. W Alfamie wiele kamieniczek ma sciany zewnetrzne pokryte owymi plytkami
i wyglada to naprawde bardzo malowniczo.
Wedrujac po Alfamie przygladalismy sie z zaciekawieniem owym waskim uliczkom, stloczonym domom, na zewnatrz okiem czesto wywieszona jest klatka z kanarkiem lub papuzka, a bardzo czesto wisi tez calkiem pokazne pranie, reczniki, ubrania, koszule itd. Wzdluz Alfamy , docierajac do Bairro Alto, a i chyba dalej, ciagna sie tory zabytkowego starenkiego zoltego tramwaju , ktory niespiesznie toczac sie ujawnia podrozujacym wszystkie zakamarki Lizbony, my sie raz nim kawalek przejechalismy.
Wciaz i wciaz idac pod gore dotarlismy do Katedry Se, a stamtad dalej pod gore do Zamku Swietego Jerzego. Sam zamek jest glownie odrestaurowany, ale bardzo piekny. Dochodzac do niego mozna z terenu podzamcza podziwiac piekna panorame, widac tez, ze jest to obowiazkowe miejsce pierwszych randek mlodych Lizbonczykow, hihi, widac duzo wtulonych w siebie parek przechadzajacych sie lub po prostu siedzacych gdzies w przytulnym zakamarku i wsluchanych w siebie.
Podobno panorama z podzamcza nalezy do jednych z najpiekniejszych w Lizbonie i trzeba przyznac, ze to prawda, niezapomniane widoki, a ponadto pytanie "Ojej, weszlismy az tu? Na gore? A z dolu wydawalo sie, ze to tak wysoko". I rzeczywiscie jest wysoko!
Kiedy weszlismy na teren samego zamku uslyszelismy dzwieki gitary, to siedzacy na murku mezczyzna dawal taki swoj prywatny koncert przy tej okazji starajac sie sprzedac swoje cds, zreszta bardzo ladnie gral, ta muzyka wyrazala ten portugalski slynny nastroj zwany saudade. Saudade, to tesknota, nostalgia, to cos nie do konca dajacego sie opisac jednym slowem, to tesknota za czyms, czego sie opisac nie da, za czyms, co odeszlo, za czyms, czego nigdy nie bylo…Portugalczycy sa nieco saudade, ale nie na codzien, na codzien wydaja sie usmiechnieci i zadowoleni, saudade tkwi w ich duszach, odzywa sie zapewne w
roznych momentach ich zycia…Czy to nie troche polskie?? Zastanawialo mnie to odkad uslyszalam o saudade, czy nam Polakom nie jest to nieco znane i bliskie?
Taka jakas tesknota za czyms, co bylo i odeszlo, za czyms czego moze nie bylo, czyms nieokreslonym?? Do rozwazenia…..

A wieczorkiem wybralismy sie do lokalu z muzyka "Fado". Obiecalismy sobie te muzyke uslyszec przed wyjazdem. Nie wiem, czy juz pisalam o "Fado" , jest to muzyka majaca rodowod wlasnie z Lizbony, wyrazajaca rowniez saudade,spiewacy spiewaja przy akompaniamencie gitar. Podczas wystepu w lokalu, kiedy my bylismy spiewaly dwie panie i dwoch panow , a w tle gralo im dwoch dziadkow.
W kazdym razie muzyka cudowna, wraz z rozpoczeciem spiewu milkna rozmowy, brzek sztuccow, wszyscy zasluchuja sie w te spiewana opowiesc, i naprawde niewazne jest w tym momencie, ze nie zna sie portugalskiego, po prostu trzeba oprzec brode na zlozonych rekach, zasluchac sie w ten spiew i …marzyc…My poprosilismy jedna ze spiewaczek o wspolne zdjecie i zgodzila sie, wiec mamy tez i taka mila pamiatke z Lizbony.
No i tak oto zakonczyl sie czwartek.

Delfiny…i nie tylko

Sroda , 5 listopada.

Rano posnulam sie po centrum handlowym. Jakze spodobal mi sie styl ubierania Portugalek.
Sa to kobietki bardzo eleganckie, ale, uwaga!! daleko im do idiotycznego
wystrojenia sie. Nosza na sobie rzeczy ladne i dobrze skrojone, widac, ze z dobrych materialow, ale nie sa przestrojone. Poza tym, jak dla mnie bomba, starsze panie sa baaardzo zadbane, prawie kazda ma staranna fryzurke, trwala ondulacje, do tego dobrze skrojony kostiumik, czy zakiet, w kazdym razie starosc wyglada tam o wiele lepiej, niz to widzialam nawet w duzych miastach w Grecji na przyklad. Tam starsze panie wydaja mi sie miec obowiazek wygladania smutno i szaro, tu odwrotnie. Nie znaczy to, ze nosza jakies kolorowe wdzianka na wzor Amerykanek , ale sa prostu bardzo zadbane i ladne. Przyjemnie popatrzec.

Kobietki nosza tam duzo bizuterii, ale takiej wielkiej, grubej i topornej, co
mnie zastanowilo. Nie widzialam ani jednej ladnej sztuki bizuterii. Za duzo i jakos za topornie. Nie wiem, czy wszystko to bylo oryginalnym zlotem, czy moze tombak, ale u nas na ulicy to strach by bylo to nosic.OK, ale mialam mowic na inny temat. Otoz w tym centrum glownie sobie popatrzylam i ze zdziwieniem odkrylam, ze tam maja o wiele cieplejsze i praktyczniejsze ciuchy! U nas na te pore roku jakies paletka wiatrem podszyte sie proponuje, a tam? Cieple plaszcze, fajne kurtki. To samo z butami, zadne tam czuby, buty wygodne, az pozalowalam, ze nie mam wiecej kasy, bo moze jakies wygodne buty bym sobie nabyla.

W centrum dotarlam na wszystkie 7 pieterek, z czego najbardziej spodobalo mi sie pietro z dzieciecymi rzeczami, a szczegolnie dzial zabawkarski. Poniewaz tam juz (zreszta u nas podobnie) Swieta za pasem, o czym przypominaja napisy Wesolych Swiat, i Mikolaje i inne gadzety, wiec i asortyment taki pod dzieciaki na Swieta . Ale niektore zabawki zapieraly mi dech w piersiach, nie wiem, jak to jest, ale ja u nas nie widuje takich fajnych zabawek, a moze po prostu nie znam sie na tym i nie znam sklepow…

Po poludniu fru metrem do ZOO. Pokaz delfinow byl na godzine 15..00, ale chcielismy wczesniej zjesc jakis lunch, co tez w knajpce przy ZOO
uczynilismy.Potem ruszylismy do delfinow. Dla wszystkich niezorientowanych, delfiny kocham i sa to chyba moje ukochane zwierzeta i jednym z moich marzen zyciowych bylo zobaczenia delfinow na zywo!! I jak sie okazuje, marzenia rzeczywiscie sie spelniaja!! Podeszlismy do zbiornika, poniewaz bylo jeszcze nieco przed poczatkiem pokazu, delfiny bawily sie w wodzie. Na powierzchni wody plywaly liscie zwiane tam z pobliskich drzew i delfiny wymyslily sobie super zabawe. Widzac nasze zainteresowanie podplywaly do liscia, lapaly go pyszczkiem
i …wyrzucaly nam je ponad barierka zbiornika na glowy:)) Hihi, moge Wam przysiac, ze usmiechaly sie przy tym, jakby wiedzialy, ze to jest rzeczywiscie dobry kawal! Hi hi , przyznam sie jeszcze do czegos, otoz, kiedy podplynely do mnie i zobaczylam ich pyski po drugiej stronie szklanej tafli, to…lezki wzruszenia zakrecily mi sie w oczach…

A potem zaczal sie pokaz. Okazalo sie, ze nie tylko delfiny beda sie przed
nami popisywac, ale najpierw foki. Mozna powiedziec, ze mimo, ze byl to pokaz prowadzony jedynie po portugalsku, to nie bylo z tym problemow.

Foki wykonywaly fajne sztuki, okrecaly sie , stawaly na ogonie, a potem jedna z nich ze swoja opiekunka chodzila po widowni i kazdemu dawala buzi, a pani obok robila zdjecie, ktore zreszta przy wyjsciu z ZOO mozna bylo sobie nabyc. Hihi, powiem Wam, ze buzi foki pachnie ryba:)) dobrze, ze to bylo tylko buzi w policzek, bo w usteczka na pewno bym sie foczce calowac nie dala:))

A potem byly delfiny…Tego nie da sie opisac, to po prostu trzeba zobaczyc. Na pewno robia te popisy dla przyjemnosci, poza tym, oczywiscie panie opiekunki caly czas ganiaja z lodoweczkami podrecznymi, z ktorych po kazdej sztuce delfiny otrzymuja smaczna rybe:)

Ostatnia czescia pokazu bylo plywanie z jedna opiekunka , ktora razem z nimi robila fajne sztuki, na przyklad byla przez delfinki wyrzucana do gory ponad powierzchnie wody. JA tam tej pani wspolczulam, bo jak dla mnie, to listopad nie jest pora do plywania, ale ona nie wygladala na zmartwiona.Pokaz podobal nam sie bardzo, w sumie trwalo to godzine, razem z pokazem foczek, wiec naprawde bylo na co popatrzec.

Dzien zakonczylismy kolacja w uroczej knajpce na Bairro Alto. Nawet nie
pamietamy nazwy. Po prostu mala knajpeczka, oczywiscie jednoizbowa,ze stloczonymi stolikami, i smacznym jedzonkiem.

Acha, i na koniec tego opisu taka mala refleksja. Otoz, musze powiedziec, ze moze mielismy szczescie, a moze to fakt, ze nam sie wydala Lizbona bezpieczna. Nie zdarzyla nam sie na szczescie zadna nieprzyjemna sytuacja, nikt nas nie zaczepial, i nie balismy sie, poznym wieczorkiem spacerowac po ulicach, czy jechac metrem.
Ale, tak jak mowie, o bezpieczenstwie powinny sie wypowiedziec osoby, ktore dluzej tam mieszkaja i zyja.

Ciag dalszy nastapi.

PORTUGALIA

Ha, obiecałam sobie, że wkleję tu moje wspomnienia lizbonskie z forum na gazecie, co niniejszym czynię. Niestety, wybaczice brak polskiej czcionki i literek, gdyż wspomnienia te były pisane z myślą także o moich znajomych za granicą i tak to musiało wyglądać. Da się to jednak odczytać bez problemu, więc zapraszam do lektury:)

3 listopad, 2003, poniedzialek. Zaczyna sie nasza przygoda z Portugalia, z Lizbona i okolicami. Wylatujemy z Warszawy wieczorem z polgodzinnym
opoznieniem, w zwiazku z czym nie wiemy, czy zdazymy na lot laczony z
Frankfurtu do Lizbony.Po sporej dawce nerwow na lotniosku po wyladowaniu (zmienili w miedzyczasie numer gate, do ktorego musimy pobiec) , trafiamy tam gdzie trzeba przekonaniu, ze sie spoznimy, jednak ufff, co za ulga, okazuje, sie, ze czas podany na bilecie nie byl czasem wylotu samolotu do Lizbony, a czasem boardingu. Tak wiec w sumie z jednego pokladu samolotu przeskoczylismy na nastepny i w droge! Musze przyznac, ze Lufthansa ma bardzo dobre jedzonko, jak na samoloty oczywiscie.
Juz w samolocie poczynilam pierwsze obserwacje, leca z nami ludzie o zupelnie innym typie urody, widac, ze to nie sa Slowianie…i ten jezyk, super! Po drodze cwicze sobie podstawowe zwroty , miedzy innymi "Dziekuje", hihi, chyba troche za glosno, bo dziewczyna obok popatruje na mnie z zainteresowaniem, wiec wsciubiam nos w rozmowki i udaje, ze …to nie ja:)

Do Lizbony przylatujemy o polnocy, u nas w Polsce to juz 1 w nocy, ale tu znowu przesuwamy wskazowki. Pisze znowu, bo w Polsce dopiero co przesuwalismy wskazowki, teraz kolejna zmiana czasu, a po tygodniu znowu trzeba bedzie zmienic czas, zastanawiam sie, czy nawet takie male zmiany, ale w tak krotkim czasie moga jakos na nasze ogranizmy wplynac.

Bierzemy taksowke i jedziemy do naszego hotelu "Mirapargue". Hotel 3*,
polozony w pieknej okolicy przy Parku Edwarda VII. Metro bliziutko. Sam hotel, taki sobie, moze nie najgorszy, ale widac, ze leciwy, czysto, ale pokoje malutkie, lazienka jeszcze mniejsza, nie za duzo polek, czy szafeczek na rzeczy, a przeciez na ten tydzien dwie osoby jakies ubranka musza miec.

Przed wyjazdem powiedziano nam, ze w Lizbonie koniecznie trzeba miec ze soba kurtke przeciwdeszczowa i parasol, bo tam lubi sobie popadac i ze czesto gesto po prostu leje. Zaopatrzylismy sie oczywiscie w te sprzety, jak rowniez odpowiednie buty.

Wiedzialam, ze pierwszy dzionek musze sobie jakos w wiekszosci sama
zorganizowac, wiec najpierw udalam sie na spacer po okolicy. Pierwszy dzien, wtorek, byl, przynajmniej z rana zimny, dobrze, ze mialam moj cieply polarek, ale w pewnym momencie nawet pozalowalam ze nie mam rekawiczek na raczkach.
Pospacerowalam po okolicy, pogapilam sie na ludzi. Po poludniu zjedlismy lunch i potem on znowu wrocil na konferencje, a ja postanowilam isc
do Muzeum Gulbenkiana. Jest to prywatne Muzeum. Jest tam moze nie mnostwo rzeczy, za to zbiory rzeczywiscie ciekawe, w tym bardzo interesujace zbiory sztuki antycznej. Tak wiec ja sobie posiedzialam tam i porozkoszowalam sie sztuka. Szczegolnie sztuka japonska i chinska podobala mi sie, wiec tam w sumie najwiecej czasu spedzilam.

Ile jednak mozna siedziec w Muzeum:)) Po wyjsciu i stwierdzeniu, ze jeszcze mam troche czasu poszlam sobie zobaczyc centrum handlowe, jakie bylo niedaleko naszego hotelu.

Wieczorem wybralismy sie na kolacje do Bairro Alto. Jest to jedna z bardziej malowniczych dzielnic Lizbony, mozna tam wieczorami zjesc kolacje w jednej z rodzinnych restauracji.I tu moja kolejna obserwacja z Lizbony, wieczorem zycie wre!! Ludzie tlocza sie w restauracyjkach i to nie tylko turysci. Tam sie po prostu wychodzi jesc wieczorami, i to zaczyna sie taka biesiada o godzinie 20.00 i trwa do poznych
godzin nocnych. Czy oni w ogole sypiaja?? Hihi. I jeszcze jedno, mlodzi,
starsi, wszyscy razem, to tez fajnie wyglada, tam sie starsi ludzie nie
zamykaja w czterech scianach, ale dobrze sie bawia.

Tego wieczoru zjedlismy kolacje popijajac ja dzbanem domowego wina w dobrej restauracji "Bota Alta" ("But z Cholewka"!). Stoliki ustawione sa tam ciasniutko, niemal mozesz odwrocic sie i skosztowac czegos z talerza sasiada, za to porcje duze i jedzenia naprawde dobre, a wino wyborne. My w Lizbonie kosztowalismy przede wszystkim ryb. Nie ma co, na ryby nastawialismy sie najbardziej, bo wiadomo, ze gdzie jak gdzie, ale tam sa naj naj:)) Swiezutkie i pyszniutkie. Ja osobiscie i tak zawsze jadalam filety,bo ja jestem osoba, ktora nawet w filecie osci znajdzie.

I tak nam minal pierwszy dzien,a plany na nastepny dzien byly takie, o jakich jeszcze nie tak dawno ja osobiscie nawet balam sie pomarzyc, a mianowicie Pokaz Delfinow w ZOO lizbonskim.
No, ale o tym napisze w nastepnej czesci.:))

Wycieczki arecheologiczne

Wrzesień, za oknem lato, a mnie się wspomina Kreta ciągle…za krótkie te pobyty stanowczo:( Ale , czy mogłabym tam żyć? Nie jestem pewna, jak bardzo "kochają" oni obcych, którzy im mogą zabrać pracę. Może lepiej, że jeżdżę tam tylko na wakacje?

A że się marzy kiedyś taki domek w widokiem na morze? Pomarzyć zawsze można , a już po wejściu Polski do strefy Unii Europejskiej, zawsze:)

Dolina Amari, to jak napisałam, jedno z bardziej urokliwych miejsc na Krecie. Ładną wycieczkę można też odbyć udając się na Płaskowyż Lasithi , po drodze mijamy wiekowe kamienne wiatraki, to one kiedyś miały za zadanie nawadniać tę krainę. I teraz w gospodarstwach spotyka się wiatraczki. Mijamy jeden z osiołkiem pasącym się w tle i czujemy bliskość Grecji…

Płaskowyż Lasithi położony wysoko w Górach Dikte, (na wysokości 800 m n.p.m), oglądany z góry jawi się nam jak płaściuteńki fragment ziemi, którego każdy kawałek został wykorzystany pod uprawę. Ładnie się na to z góry patrzy. Odbywając tę wycieczkę, nie sposób ominąć Jaskini , a raczej Groty Diktejskiej, w której według mitologii miał narodzić się Zeus! W jaskini tej znaleziono wiele wot, które teraz można oglądać w Muzeum Archeologicznym w Iraklionie. Muzeum, które naprawdę trzeba odwiedzić.

Innym przyjemnym miejscem wycieczkowym może być miasteczko Agios Nikolaos. Ładny port, zatłoczone o każdej porze dnia i pewnie nocy tawerny i kafejki, liczne sklepiki i drugie interesujące Muzeum Archeologiczne. Warto tam zajrzeć, aby zobaczyć czaszkę mężczyzny, którą znaleziono wraz ze srebrną monetą (zapewne opłatą za przeprawę przez Styks…). W miasteczku jest też inne małe muzeum, a jest to Muzeum Folkloru. Można tam obejrzeć naprawdę ciekawe eksponaty , wyroby kreteńskiego rękodzieła.

Po drodze polecam jeszcze odwiedzenie dwóch interesujących miejsc, a są to ruiny doryckiego miasta w miejscowości Lato. Z tegoż miasta położonego na szczycie roztacza się niezapomniany wprost widok na Zatokę Mirabello. Same ruiny i pozostałości miasta także wielce interesujące.

Drugie ruiny, to ruiny starożytnego miasta Gournia, jest to najlepiej zachwoane na Krecie małe minojskie miasto. Polecam odwiedzenie!