Nastepne dwa dni to podroze samochodowe. Wynajelismy samochod na dwa dni, na niedziele i poniedzialek. W niedziele kierunek- Sintra, gdzie sa cudenka architektury, gdzie jest kilka wspanialych zamkow i Palacow. Jeden z nich Palacio da Pena, wyglada zupelnie bajkowo, na to wszystko wiec mimo bolu nogi ostrze sobie zeby.
Niestety, ten jeden jedyny dzien Portugalia pokazala nam, ze padac deszcz, to tam naprawde umie. Pada, nie, nie pada, leje juz od rana i to tak, ze kiedy dojezdzamy do Sintry, w polowie drogi musimy stanac na godzine przy drodze, jechac sie nie da, nie widac nic na odleglosc kilku metrow, a po ulewie po ulicach plyna doslownie strumienie wody!!
Kiedy wreszcie docieramy do Sintry w pierwszym Palacio National dowiadujemy sie od pani w kasie, ze z powodu tak wielkiej ulewy wysiadl prad i do zadnych obiektow dzis nie wpuszczaja. Zamkniete i koniec! No, ladnie, myslimy sobie, ale pech, no, ale co robic, przeciez szturmowac nie bedziemy, wiec wsiadamy do samochodu i ruszamy dalej, aby odwiedzic Cabo da Roca. To najbardziej na zachod wysuniety punkt Europy na ladzie stalym i nabywamy nawet certyfikat, ktory poswiadcza, ze owszem, bylismy i widzielismy.Punkt widokowy wspanialy, stoimy na stromym, wysokim klifie, w dole o skaly rozbijaja sie z hukiem fale Oceanu Atlantyckiego, skaly poszarpane z morzem sie zmagaja, w tle stoi latarnia morska, a wokol tylko ogrom Oceanu. No, powiem, ze warto to bylo zobaczyc. I choc w przewodnikach to miejsce traktowano raczej po
macoszemu, ja osobiscie jestem szczesliwa, ze moglam to miejsce zobaczyc i poczuc, ze jestem na …koncu Europy:)
Tego dnia po poludniu idziemy posnuc sie po jeszcze jednym centrum handlowym. Musimy nabyc winko i jakies drobiazgi dla krewnych i znajomych krolika, a takze wieczorem po kolacyjce przy swiecach i dobrym winku, odbywamy krotka przejazdzke starym zolciutenkim tramwajem, tez na przejechanie sie nim mialam ochote i musialam ja odbyc.
W poniedzialek od rana czuje wyjatkowo mocno nastroj saudade, to juz ostatni dzien pobytu w Portugalii i choc jeszcze caly dzien przed nami, to juz…za nia tesknie. Spodobal mi sie ten kraj, tym bardziej, ze widze, ze mamy tu mnostwo rzeczy do obejrzenia nastepnym razem. Wracajac z Copa da Roca widzialam urocze nadmorskie miasteczka, jest tez mnostwo zieleni i starych zamkow, czy klasztorow w niej skrytych, chocby Batalha.
My natomiast spelniamy nasze wielkie osobiste marzenie, marzenie juz od dawna, a mianowicie jedziemy do Fatimy. Choc ja po moim upadku mocno kuleje, i noga boli (co wykluczy wlasnie zwiedzanie Batalhy, ale spokojnie, to na nastepny raz:) to wiem, ze byc tam chce i bede!
I jestem. Wchodzimy na wielki plac przed Bazylika. Przed chwila padal deszcz, ale kiedy wchodzimy na plac wychodzi slonce…ale na ziemi ciagle jest woda…Widzimy dwie osoby, ktore na kolanach powoli suna w kierunku miejsca Objawien, obie to kobiety, podtrzymywane za reke przez ich mezczyzn. Jedna z nich, co widze po dojsciu blizej, to dziewczyna w mocno zaawansowanej ciazy…lzy wzruszenia staja mi w oczach…
Potem wracamy do hotelu, pakujemy sie, bo juz jutro o 5 rano wstac trzeba, a wieczorkiem kolacyjka w naszej ukochanej restauracyjce…Szkoda wyjezdzac, zal sciska mnie za gardlo, tyle jeszcze nie widzialam, tyle by sie chcialo.
Jeszcze ostatnia rozmowa z kelnerem, pamietali tam nas i wiedzieli, co lubimy jesc. Choc po angielsku mowi slabo, to jakos udaje nam sie mu powiedziec, ze podobalo nam sie w jego miescie , i ze, jestem tego teraz pewna, obiecuje ci to Lizbono, WROCIMY TU JESZCZE:)
