Kreto witaj, pomyślałam , kiedy postawiłam swoją stopę na terenie lotniska …i oczywiście pomyślałam, jak zawsze, kiedy tam ląduję "Pachnie osłem"…
godzina byla taka więcej wczesna, bo 8.00, ale byliśmy już tak podekscytowani tym, że znów tu jesteśmy, że zapomnieliśmy o konieczności rannego wstania i wylotu z Warszawy rano. Po przejściu odprawy paszportowej (w naszym wykonaniu pokazanie dowodów osobistych i machnięcie przez celnika ręką, żeby przechodzić), ruszyliśmy do właściwego autokaru, który godzinę miał nas wieźć do naszego hotelu.
Ruszyliśmy , ja bacznie obserwując okolicę, aby w około godzinę potem wjechać do małej miejscowości Panormo położonej 22 kilometry od Retymnonu.
Miejscowości nie zdążyliśmy się za bardzo przyjrzeć, bo autokar już podjechał pod nasz hotel.
Nie muszę opowiadać, że jeszcze tego samego dnia pobiegliśmy na plażę. W Polsce było wtedy 15C (sic!! w LIPCU!!), a my rozkoszowaliśmy się wreszcie ciepłem i słońcem.
Ten wyjazd mieliśmy w planach spędzić zarówno na zwiedzaniu, jak i na byczeniu się na plaży, kto liczył na niekończące się opowieści w moim wydaniu, niestety, musi sam pojechać na Kretę i nadrobić.
Ale, na tydzień wzięliśmy auto i ruszylismy zwiedzać tę część wyspy, jakiej do tej pory będąc już dwa razy na Krecie nie zwiedziliśmy, a mianowicie jej zachodnią część.
W ogóle, to muszę powiedzieć, że świetnie, że choć raz ruszyliśmy się na Kretę w lipcu. Dwa razy byliśmy we wrześniu i wyspa wydawała nam się wtedy bardzo już sucha, mało zielona. Dopiero rok temu na Kos, o podobnej porze roku tknęło mnie, że to pewnie właśnie zależy, kiedy się jedzie zwiedzać. I miałam rację, lipcowa Kreta ukazała nam swoje zupełnie inne oblicze. Wyobraźcie sobie wzgórza pokryte zielonością, a to gajów oliwnych, których jest tam mnóstwo, nawet w wysokich górach rosną, chyba już jakieś samosiejki, bo nie wyobrażam sobie, kto tam sadził drzewka, a to drzew, krzewów i innej roślinności, a do tego ogłuszający wprost odgłos, który uwielbiam. Cykady. Ich głos, to coś, co działa na mnie zawsze odprężająco. Tym razem nagrałam sobie i chyba skomponuję indywidualną płytkę relaksacyjną, jak mi będzie w zimie źle, to sobie włączę lampę nagrzewającą, puszczę cykady (i tylko ouzo brak, ale nie szkodzi, bo mi nie smakuje:)
No, ale do rzeczy, tak więc tym razem Kretę zielona i znacznie bardziej bujniejszą ujrzeliśmy, choć jak zawsze nad tym sielankowym krajobrazem zieloności i cykania cykad i lazurowej wody majestatycznie górują wzgórza gór…tym razem dobrze poznaliśmy , co to są kręte, górskie drogi Krety i choć chwilami było dramatycznie (dobra, po prostu strasznie:), to i tak było świetnie.
Muszę również przyznać, że tegoroczne zwiedzanie oprócz poznawania pięknych miejsc miało, przynajmniej według mnie , nieco wręcz martyrologiczny wydźwięk. Otóż zwiedzaliśmy dużo miejsc naznaczonych wręcz krwawą historią mieszkańców Krety. Głównie dotyczyło to krwawej okupacji tureckiej, ale także inwazji Niemców. Tak, czy siak, czasami łza zakręciła mi się w oku.
Pierwszego dnia wyruszyliśmy do Jaskini Melidoni. Jest ona właśnie takim historycznym dla Kreteńczyków miejsce. Według mitów zamieszkiwał ją Talos, ale teraz chyba jest ona bardziej znana z tego, co miało w niej miejsce. Otóż kilkaset osób usiłujących się chronić przez Turkami zostało tam zaduszonych, kiedy to oprawcy zastawili wyjście z jaskini i podpaliwszy chrust u wyjścia doprowadzili do zaduszenia się ludzi wewnątrz. Teraz o tym przypomina stojący w jaskini ołtarz upamiętniający to wydarzenie. Sama jaskinia ogromna i robi wrażenie, choć bardzo ślisko jest na stopniach prowadzących w dół, byłam w adidasach i się ślizgałam, a nie bardzo jest się czego przytrzymać schodząc.
Po wyjściu z jaskini ruszliśmy do przeuroczej wioski Margarites, w której chyba wszyscy mieszkańcy zajmują się wyrobem ceramiki 🙂 bez przesady.Każdy dom to włąściwie warsztat garncarski, i często wchodząc widzi się garncarza przy pracy. Odsiewając bzdurki dla turystów można tam naprawdę nabyć piękne przedmioty, które potem przypomną nam w kuchni o Krecie, my nabyliśmy dwa kubki do herbaty i piękny dzban.
Oprócz tego mnóstwo wspaniałości, przepiękne gliniane pitosy (oni używają ich ciągle do dekoracji domów). Bardzo żałowałam, że nie mamy możliwości przywiezienia sobie czegoś do roślin balkonowych, bo naprawdę te gliniane rzeczy pięknie wyglądają. A poza tym jest to przynajmniej coś prawdziwie miejscowego, czym się zajmują od pokoleń, a nie kupiony w sklepiku z pamiątkami suvenir made in China:)
Następnie ruszyliśmy do Moni Arcadi, czyli Klasztoru. Jest to kolejne miejsce obarczone smutną historią. Tu także schronili się przed Turkami Kreteńczycy i tam widząc, że nie wygrają tureckiego oblężenia, zdecydowali się na dramatyczny krok. Zgromadzili się oni wraz z rodzinami w prochowni, odczekując aż zebrało się jak najwięcej wrogich wojsk i wysadziło w powietrze…….to wydarzenie stało się impulsem do zwrócenia wreszcie oczu Europy na sytuację Krety po okupacją turecką.
W klasztornym muzeum jest Ikona Marii z Dzieciątkiem, świadek tamtejszych wydarzeń, ocalała z wybuchu. W muzeum są również inne zebrane eksponaty takie jak naczynia i szaty liturgiczne, jest też coś, co spowodowało, że łza spłynęła mi po policzku. jest to fragment grubego warkocza, może jakiejś młodej dziewczyny, może dorosłej już kobiety, która wolała zginąć, niż oddać się w ręce wroga…….
Po wyjściu trafia się do małej kaplicy, w której zgromadzono czaszki ofiar, to też robi przygnębiające wrażenie…….
Mieliśmy już dość jak na jeden dzień i wróciliśmy do hotelu.