Twierdza Hohensalzburg.

Znowu arcybiskup, który zainicjował budowę twierdzy. Ciekawe, czyżby nikt inny nie sponsorował wtedy nowych budowli? Hmm…
Sam Salzburg to baaardzo miłe miasto. Co lubię w miastach Austrii, nawet tych z założenia, większych, to fakt ich przytulności. Nie dla mnie wielkie metropolie i hałas, tłum ludzi wokół, nie. Te fascynacje, o ile zaczynam się orientować mam już za sobą, a odczułam to bardzo rok temu w Paryżu, z którego wróciłam autentycznie zmęczona samym miastem.
A Salzburg jest sobie miłym miastem, ośrodkiem uniwersyteckim (to widać), o czystych ulicach, ładnej zabudowie i ciekawej architekturze i historii.
Tym razem darowaliśmy sobie muzea, tak więc nie powiem Wam, czy to lub owo warte jest odwiedzenia. Obejrzeliśmy tylko katedrę (fasada w budowie, to często norma podczas naszych wypraw) i właśnie Twierdzę Hohensalzburg.
Do twierdzy można podejść, ale nie uważam, aby to był najlepszy pomysł. Dlaczego? A przekonacie się odwiedzając ją sami. Warto kupić więc bilet na szybką kolejkę, nie żaden tam pociąg, kolejkę o niezwykłym stopniu nachylenia, którą szybko dotrzemy do stóp twierdzy, że się tak wyrażę. Warto jest podziwiać panoramę Salzburga spod twierdzy, bo to widok niezapomniany.

a sama twierdza z kolei wygląda w perspektywie tak:



w twierdzy są dwa muzea, jedno to zbrojownia (nie odwiedziliśmy, mieliśmy przesyt tych, które odwiedzaliśmy podczas innych wypraw tu i tam) i muzeum ciekawostek, takich, jak zbiór masek wstydu , które nosić musieli drobni przestępcy, ale i, o zgrozo jest tam najprawdziwszy pas cnoty.
Nie tak dawno dyskutowałyśmy na blogu Agnes o tym, że co ciekawe, tego typu wynalazki zawsze wymyślali dla pań panowie, nie zaś odwrotnie (nie było zamków na męskie klejnoty, czyż nie?). Generalnie dawniej ludzie mieli tak samo dziwnie w głowach, jak teraz, że w ogóle wpadali na tego typu pomysły;/

Sama wyprawa do twierdzy jednak udana, polecam taką wycieczkę.

Hellbrunn, wodne triki.

Do Hellbrunn pod Salzburgiem pojechaliśmy zachęceni trikami wodnymi, jakimi reklamuje się od paruset lat to miejsce.
Jest tam pałac i ogrody. A także piękny park i sadzawki, w których pływają karpie. Pałacu nie widzieliśmy, bo trochę nie starczyło nam czasu, zresztą, przyznaję, nastawialiśmy się tylko na spacer po ogrodach ze względu właśnie na owe triki wodne, z którego słyną Ogrody Hellbrunn. Dawno temu pewien arcybiskup postanowił stworzyć sobie taką siedzibę. Facet zdecydowanie mniej skupiał się na sprawach duchowych niż cielesnych i dlatego powstało miejsce naprawdę niezwykłe. Otóż w ogrodach poukrywane są w rozmaitych miejscach fontanny, z których woda leci na zwiedzającego w najmniej oczekiwanych momentach. Serio. Przejście po ogrodach jest tylko z przewodnikiem, który właśnie włącza owe urządzenia. Myśleliśmy, że będzie jakoś przynajmniej uprzedzać, ale gdzie tam. Dobrze, że pojechaliśmy w bardzo słoneczne i ciepłe popołudnie, bo uprzedzam wszystkich, wraca się mokrym;)
Mała uwaga, a sądzę, że szkoda, że przewodnik o tym nie uprzedziła. Osoby posiadające dobre aparaty fotograficzne, niech w ogóle je schowają przed wizytą. Woda naprawdę tryska niespodziewanie i nawet śledząc mokre ślady, jakie zostają, nie zawsze można przewidzieć, skąd tryśnie na ciebie woda. A potrafi trysnąć wprost w obiektyw aparatu.
Mnie oblało dwa razy, raz lekko, raz nieco bardziej, dostało mi się od jelenia, ale nie tylko.

Tak poza tym, to zabawa jest naprawdę przednia i warto jest właśnie nie spodziewać się, skąd taki biczyk wodny człowieka sieknie, bo jest przynajmniej zabawnie. Dzieciaki są w tym miejscu przeszczęśliwe. Dorośli w większości też, z wyjątkiem dwóch panów z któregoś z krajów z Azji, którzy po wizycie wydawali się być nawet mocno niezadowoleni. Nie wiem, może nie doczytali, na co się decydują. Trudno wyczuć.
W każdym razie, wybierając się w to miejsce radzę wybrać dzień słoneczny, aby szybko wyschnąć z nadmiaru wody, co się stało, kiedy my byliśmy, no i nie ukrywam, wygląda to ciekawie.
Poza tymi trikami wodnymi są też ciekawe mechanizmy ruszające się, których ruch jest napędzany wodą a to też jest ciekawe.
Naprawdę warto odwiedzić to miejsce.
Na fotce prezentuję wam kamienny stół, do którego na biesiady zapraszał swoich gości ów arcybiskup. Kiedy to towarzystwo, a pamiętajmy, jakie stroje wtedy noszono i te wymyślne peruki , trochę pobiesiadowało a nadmiar zapewne wina do głowy uderzał, zabawny gospodarz cichaczem włączał fontanny, które lał im (za przeproszeniem;) w tyłki i na plecy. No, można było się zdrowo uśmiać.;)

zobaczyć te oczy wpatrzone w ciebie-bezcenne…

Poszliśmy na spacer pod okoliczne wzgórze, ale raczej zupełnie relaksowo, bo mieliśmy ochotę podejść tam do lasu. I tak szliśmy najpierw kawałkiem łąk, podpatrując rolnicze prace, potem zaś lasem. Aby jednak dojść do części lasu, do którego chcieliśmy przechodziliśmy przez jego fragment, który "przecinał" drogę. Ja wyjęłam wodę mineralną, wyprzedziłam P. i zajęłam się dostarczaniem organizmowi minerałów, kiedy odniosłam wrażenie, że mam się odwrócić do P. Kiedy to zrobiłam okazało się, że mój Mąż robi w moim kierunku dziwne miny i coś do mnie szepcze, z czego zrozumiałam "sarna z małymi". Spojrzałam w prawą stronę i…wcięło mnie. Paręnaście metrów dalej stała sarna z dwójką młodych. Mama, jak to mama, nie spuszczała z nas wzroku. Czuliśmy na sobie jej poważne, sarnie spojrzenie kontrolujące co się dzieje. Ostrożnie, najostrożniej jak to się tylko dało, wsadziłam wodę do plecaka i wyjęłam aparat, a P. już dawno fotografował i oto co ujrzeliśmy. Mama sarna praktycznie raz odwróciła od nas wzrok, widać uznała, że jesteśmy nieszkodliwi. Dzieciaki, jak to dzieciaki, po chwili przejęcia (zapewne zauważenia, że mama jest poważna) zajęły się sobą. Lizały się, drapały kopytkiem za uchem i nawet trochę chyba poszturchiwały. Nie wiem, czemu, ale myślę, że to był brat z siostrą.
Dla nas, mieszczuchów, taki widok jest jak wcześniej pisałam, jak w reklamie-bezcenny…
A sarnie oczy to chyba jedne z najpiękniejszych w przyrodzie, to już tak zupełnie nawiasem mówiąc…

Jeziora wśród gór.



Specjalnie wybrałam taki widok z trasy pod szczytem Zwolferhorn, aby pokazać Wam , jak faktycznie to wygląda z tymi jeziorami, że są one właśnie wśród gór. Jak dla mnie to piękne.
Acha, na focie widać jeszcze innego hobbystę. Otóż paralotniarze wjeżdżali kolejką i udawali się do St Gilgen, skąd znowu po spakowaniu się wjeżdżali na szczyt. Jak widać, te tereny zapewniają atrakcje dla chyba wszystkich hobbystów i maniaków czegoś tam konkretnego;) Nikt się tam nie może nudzić. W dole widać panoramę miasteczka St Gilgen. Ciekawostka dla miłośników muzyki, to w nim urodziła się matka Mozarta a siostra kompozytora przeniosła się tam po ślubie.
Wokół Zwolferhorn jest trasa spacerowa można to tak nazwać a także można po wjechaniu kolejką zejść różnymi trasami do St Gilgen. My na pierwszą taką wyprawę wybraliśmy trasę oznaczoną jako łatwą;) To był dobry pomysł, jako, że po 2.5 godzinnej wędrówce ledwo złaziłam już w dół a następnego dnia dowiedziałam się o istnieniu mięśni, o których nie miałam w ogóle pojęcia, że takowe posiadam;)

parę takich luźnych…

…obserwacji i słów na temat podróży. Po pierwsze, zaczęło się "ciekawie". W dniu wyjazdu pogoda zdawała się nam sprzyjać. Ale, kiedy wyszłam na balkon, żeby jeszcze podlać kwiaty, stwierdziłam , że panuje podejrzany skwar jakby. Niemniej jednak zerknąwszy na niebo, żadnych chmur nie stwierdziłam, co mnie uspokoiło. Najwyraźniej czaiły się z innej strony. Jakąś bowiem godzinę po przybyciu na lotnisko, może z kwadrans przed rozpoczęciem się boardingu zaczęło się. Nazwać to deszczem, to mało. To była mega burza, a w dodatku mająca cechy nawałnicy. Patrząc na lądujące samoloty widzieliśmy, że dobrze być nie może. Co potwierdziło opóźnienie się lotu o prawie godzinę. Gdyby burza zaczęła się może 10 minut później, samolot , którym mieliśmy odlecieć, wylądowałby, bowiem, jak powiedziała pani z linii z Lufthansy (Marga, a jednak lecieliśmy z L. chyba na zasadzie Star Alliance) czekał już w kolejce do lądowania. A tak, to stał w kolejce do lądowania, kiedy zaczęła się nawałnica i został odesłany w przestrzeń niebieską. Nie dziwię się, bowiem serio, nie wiem, jak dałoby się lądować na Okęciu w danej chwili. Co jednak spowolniło sprawy, bowiem wszystkie samoloty mające lądować musiały snuć się po niebie w oczekiwaniu na to aż burza przejdzie i będą mogły wylądować. Opóźnienie było i tak niewielkie, raptem godzina. Po tym, jak koczowaliśmy na lotnisku na Malcie ponad 5 godzin, to wydaje mi się niemal niezauważalnym. Po tym, co się dowiedziałam o samolocie Air France, który być może zaginął w czasie burzy, nie dziwię się, że jednak podczas manewrów lądowania czy startu jest się megaostrożnym.
Co jednak nie było ciekawe podczas tej burzy, to fakt, że samoloty nie lądowały i nie startowały, ale panowie z obsługi bagaży pracowali jak najbardziej. Widziałam bagaże ładowane na lot do Paryża i jestem przekonana, że po otworzeniu walizek, właściciele ich mieli nietęgie miny.
Nasze bowiem bagaże, ładowane do samolotu już podczas końcówki deszczu, okazały się nieco zamoknąć. I tak kilka moich t-shirtów rozpoczęło swoją karierę od suszenia się a chusteczki w ogóle okazały się być zamoknięte.
Ciekawe, jak wyglądają bagaże ludzi, którzy podróżują w kraje Dalekiego Wschodu, gdzie, jak wiemy pada.

Co do samego pobytu, to jak pisałam wcześniej, tym razem osiedliliśmy się pod Salzburgiem. No, nie tak może pod, ale niedługo się do niego docierało.
Tym razem mieszkaliśmy w Salzburgerland, który to jest częścią Salzkammergut. To niezwykły region Austrii, jako, że jeziora są tam wśród gór. Dla mnie stanowiło to niezwykły widok. Widoki są tam niezwykle malownicze.
Ludzie okazali się być o wiele bardziej przyjaźni, niż pamiętam to z Tyrolu, gdzie, jak wspominam, nawet trochę na ludzi narzekałam po powrocie.
No i jeździli prawidłowo i nie tak bardzo niebezpiecznie jak to właśnie z Tyrolu wspominamy.
Alpy nie są tam za to tak wysokie, tak więc tym razem nie spotkaliśmy na trasach naszych spacerów świstaków, ale nie szkodzi. W końcu nie zawsze musi być tak samo, prawda?

Hotel okazał się być tak super jak sobie to wyobrażałam. Niepotrzebnie wcześniej zajrzałam na jakiś serwis z opiniami internautów. Mam daleko idące podejrzenie, że część z negatywnych komentarzy wysmażyła konkurencja. Owszem, nie wypowiadam się za stan czy wyposażenie wszystkich pokoi w nim, ale na przykład już mogę powiedzieć, że osoby pracujące w nim były kompetentne, sympatyczne i miłe. Dodatkowym plusem było coś, czego nie spotkaliśmy w Tyrolu a mianowicie, że tam na pensjonatach i hotelach pisze się, jaka rodzina prowadzi owo miejsce. W naszym hotelu właściciel z synem mieli zwyczaj przychodzenia na śniadanie i kolację i zamieniania paru słów z każdym z gości. Mnie się coś takiego podoba.

Widoki i przyroda taka, jak oczekiwałam, czyli zapierająca dech w piersiach. Muszę jednak przyznać, że tak, jak okolice Meyrhofen, w Tyrolu, w którym byliśmy 2 lata temu nastawione były również na zimowych gości, to tu, w okolicy Fuschl am See , w którym teraz byliśmy wyciągów aż takiej ilości nie było, jak w Tyrolu. Czyżby więc okolica nastawiała się głównie na turystów w letnim czasie? Jest to z pewnością istny raj dla osób, które lubią piesze wędrówki, górskie wyprawy, jazdę na rowerach czy bieganie.
Jak to w Austrii, miejscowe centra informacji turystycznej mają niezwykle bogate zasoby folderów wszelakich. Każdy znajdzie więc informacje dla siebie, nie tylko te zawarte w przewodnikach, ale, jak ja to nazywam, bardziej "lokalne". Każdy, a więc lubiący wędrówki, rowerowe wyprawy, czy też mający dzieci a więc co za tym idzie, muszący specyficznie planować urlop.

Powiem tak, w Tyrolu mi się podobało,ale tu również i nie wiem, czy nawet nie bardziej, również ze względu na przyjazność ludzi…

Kościół Michała Archanioła.



Podobno początki tego Kościoła Michała Archanioła na końcu wioski Episkopi mają sięgać VI wieku. Prawdopodobnie tak. Szkoda, że mogliśmy obejrzeć go jedynie z zewnątrz. Wraz z kilkoma innymi turystami, którzy również przybyli przed południem, mogliśmy jednak tylko podziwiać go z zewnątrz.Wielka szkoda, ale cóż, mówi się trudno. W każdym razie cechuje go bryła, podobno jest jedynym na Krecie kościołem w kształcie rotundy.

bizantyjskie kościółki…

…bardzo lubię je odwiedzać, a tych na Krecie na szczęście nie brak.Praktycznie we wszystkich przewodnikach dają namiar na ten, czy ów. My zachwyciliśmy się szczególnie jednym. Był to mini kościółek, nie wiem, czy dziesięć osób tam wejdzie?:) Kościółek Agios Stefanos mieścił się około półtora kilometra za wsią Drakona, wyglądał niepozorniutko, kiedy doszło się do niego alejką dębową, która wiosną ponoć ma rozkwitać za sprawą cyklamenów kreteńskich. Chwilowo cyklameny nie kwitły, za to okolica kościółka zdawała się być sielska i anielska.
Jednak to, co ujrzeliśmy w środku przeszło moje oczekiwania. Owszem, freski z XIII wieku, ale nie sama ich obecność, chociaż to oczywiście też, jednak fakt, że ów maleńki kościółek miał sufit i ściany tak blisko człowieka, który się w nim znajdował, że jakby ktoś chciał, mógł praktycznie dotknąć ich! Czego oczywiście nie zrobiliśmy, ale wrażenie jest niezwykłe! Obecność tak starej sztuki tak blisko człowieka, no, jak w reklamie-bezcenne!

najstarsza oliwka na świecie…

Podejrzewam, że niewiele osób o niej wie, aczkolwiek jeden przewodnik ("Globtrotera") o niej wspomina.
A rośnie sobie ona w mieścinie zwanej Wouves, niemal w centrum miejscowości. Robi wrażenie! Na tabliczce obok piszą, iż ma podobno około 3 tysiące lat (przewodnik mocno ją postarza, ale w tej kwestii wierzę jednak tym, którzy tabliczkę obok oliwki stawiali) i jest najstarszą oliwką na świecie.
Wiecie, jak lubię oliwki. A jak nie Wiecie, to już Wiecie.
To dla mnie magiczne wręcz drzewa…Pomiziałam ją z namaszczeniem, po czym kiedy odjeżdżaliśmy zauważyłam miejscowego nieletniego, jak się na nią wspinał. Żadnego szacunku dla Takiego Drzewa!;))