Dolina Amari to jedno z piękniejszych miejsc, jakie udało nam się odwiedzić podczas pobytu na Krecie.
Jeśli masz ochotę zobaczyć coś z dala od głównych tras, od tego, co masz wypunktowane w przewodnikach, a po prostu chcesz powłóczyć się po kreteńskich drogach, zobaczyć tradycyjne wioseczki i miasteczka, głośne od hałasu cykad gaje oliwne i majestatyczne góry dominujące nad tym wszystkim, to jest to wymarzona trasa na taką wyprawę.
Poza tym, gratka dla lubiących historię sztuki, jest tam naprawdę wiele bizantyjskich kościółków z często w świetnycm stanie freskami średniowiecznymi. Warto to odwiedzić.
Pierwszy kościółek niestety możemy obejrzeć tylko z zewnątrz. Następny w miejscowości Meronas także wydaje nam się nie do zwiedzenia, szkoda myślimy i juz pakujemy się do auta, kiedy od strony wioseczki widzimy drepczącą ku nam staruszkę, obowiązkowo ubraną na czarno. Babcia staje przy naszym aucie i coś do nas mówi, ponieważ jednak grecki to nie jest nasz drugi język, więc tylko jej gest, skierowanie ręką w stronę kościoła pomaga nam zgadnąć, że właśnie umożliwia nam ona wstąpienie i obejrzenie fresków i Ikony, które słynne są w tym kościółku.
Wchodzimy, i żegnamy się, każdy po swojemu, ona składając trzy place dłoni. Oglądamy freski, w międzyczasie przychodzi do kościoła jeszcze jakiś Grek i modli się chwilę, po czym wychodzi pozostawiając sporą ofiarę. My po obejrzeniu wspaniale zachowanych fresków z 1339 roku i pięknej Ikony Marii Panny z drugiej połowy 14 wieku także kładziemy na tacy ofiarę i opuszczamy to piękne miejsce.
Jedziemy dalej , a po drodze mijamy sporo pomników upamiętniających wydarzenia z historii Krety podczas Drugiej Wojny Światowej. Dolina Amari była ośrodkiem ruchu oporu, co oczywiście zaowocowało pacyfikowaniem całych dosłownie wsi przez niemieckiego najeźdźcę.
Podczas tego dopiero pobytu pewne sprawy zrozumiałam. Do tej pory nieco dziwiło mnie to ubieranie się na czarno kobiet i mężczyzn greckich, ale do tej pory nie odwiedziłam tylu miejsc związanych z tyloma tragediami, nieszczęściami narodowymi…jeśli to poczucie ciągłej żałoby narodowej pomaga im, jeśli dzięki temu wiedzą, że warto było, że teraz mogą żyć w nareszcie wolnym kraju, na nareszcie wolnej wyspie, niech się tak ubierają…..ja to już rozumiem.
I teraz innymi oczami patrzę na te babcie, niektóre z nich są wszak takie dzielne, to one po pacyfikacji wsi zostawały same, to one po wojnie musiały same wychować i utrzymać siebie i często niemałą gromadkę dzieci. To dzielne kobiety. Na ich twarzach widać jak czas wyrył zmarszczki, ile to przepłakanych nocy minęło, aby następnego dnia pokazać światu i otoczeniu suchą twarz, twarz dzielnej kobiety…nie poddającej się, jak to smagane wiatrem drzewo oliwne. Te ich spracowane ręce, spracowane tą trudną pracą, dzięki której ich dzieci mogły iść do szkoły, na studia, kształcić się i teraz rozwijać Kretę. Te staruszki są dla mnie teraz od tego pobytu symbolem, tego, co w życiu najważniejsze, odwagi i siły, a także miłości do własnego kraju, do miejsca, w którym się żyło, wzrosło, założyło własną rodzinę, i o nią walczyło.
I tak sobie o tym wszystkim myślę jadąc do kolejnego kościółka, któy nie zamknięty, otwarty dla zwiedzających kryje w sobie wspaniałości, a mianowicie najstarsze na wyspie freski. Jest to Kościół Agia Anna w Amari, a freski w nim pochodzą w 1225 roku.
Dookoła rosną sobie drzewka oliwne, cykają cykady a ja czuję, jakby się czas nagle zatrzymał…to wszystko takie niesamowite, ot, niby zwykły kościółek pośrodku wsi, ale jaka historia w nim drzemie, ile osób się przez niego przewinęło , aż do dnia, kiedy my do niego wchodzimy…zapalamy świeczkę wotywną i bogatsi o wspaniałe doznania estetyczne i refleksje wychodzimy.
Nie zwiedziliśmy wszystkich Kościółków w Dolinie Amari, zresztą przecież nie o to nam chodziło…ale naprawdę polecam tę trasę wszystkim chcącym oddalić się nieco od gwaru tłocznych miast portowych, czy ośrodków turystycznych…
