” Z czego się śmiano w średniowieczu?”. Aleksandra Niedźwiedź

Wydana w Histmag.org . Warszawa (2018). Ebook.

Powiem tak, ta książka okazała się jedną z najlepszych, jakie czytałam w mijającym już roku 2018. Zupełnie niespodziewanie „wskoczyła” na podium. Cieszę się, że trochę nie do końca zadowolona z wcześniejszej lektury „Życia miasta średniowiecznego” Henryka Samsonowicza, nie zaniechałam czytania czegoś o tych czasach a wręcz zostałam przy tej epoce. 

Książka Aleksandry Niedźwiedź okazała się bowiem niesamowicie ciekawa i wciągająca. To książka o dziejach dawnych, ale dotykająca historii sztuki a konkretnie wycinku tejże dotyczącej tego, co stanowiło w średnich wiekach powód do śmiechu. Ku memu zdziwieniu, okazało się, że właściwie niczym nie różnimy się z przodkami jeśli chodzi o poczucie humoru. 

Autorka skupia się zarówno na źródłach pisanych jak również na architekturze. Poszczególne rozdziały książki okraszone są zdjęciami czy to starodruków czy detali architektonicznych z odniesieniem do konkretnych opisów w tekście, co powoduje, że nawet osoba, dla której historia sztuki to jedynie zainteresowanie, spokojnie odnajdzie to, o co chodzi w tekście. Aleksandra Niedźwiedź opisuje też działalność trup artystycznych czy też wydarzeń , nazwijmy to , para teatralnych , mających miejsce głównie w okresie Karnawału, kiedy to na więcej zdecydowanie sobie pozwalano. 

Co mnie osobiście zaskoczyło? To, że śmiano się z podobnych spraw jak dziś, o tym już wspomniałam. Kolejnym zaskoczeniem było to, że przodkowie nasi, chyba wbrew temu co powszechnie o nich sądzimy, w żartach swoich byli mocno dosadni, żeby nie określić ich wulgarnymi. 

Ale, do rzeczy, z czego się śmiano? Z tego, co dziś, czyli z ludzkich przywar, słabości, ale również, z mizoginii czy uprzedzeń. Właściwie nic nowego. Wyśmiewano ludzi żerujących na ludzkiej naiwności, nie omijano a wręcz bywa, że dotykała go wzmocniona krytyka, kleru. W czasach, gdy plagi i zarazy potrafiły z tygodnia na tydzień zdziesiątkować miasto, ludzie potrzebowali (podobnie jak dziś zresztą), czegoś, co odwróci myśli chociaż na chwilę i sprawi, że zwyczajnie się uśmiechną czy zaśmieją. 

Osobno autorka potraktowała fakt tego, co nas obecnie śmieszy a co wówczas śmieszne na pewno nie miało być jak chociażby pisane w wartościowych wówczas bardzo księgach klątwy mające przestraszyć czy odstraszyć potencjalnych złodziei. Omówione są też rodzaje scenek, przedstawień czy występów. Wreszcie, w końcu książki, autorka zwraca naszą uwagę na detale architektoniczne czy to w postaci rzygaczy, detali na zewnątrz budowli sakralnych ale również w ich wnętrzach , chociażby na stallach.Wyjmujący sobie drzazgę z nogi mężczyzna, wykuty na fasadzie katedry w Wells zapewne zapadnie mi na zawsze na pamięć i budzić będzie uśmiech wspomnienia. 

Ogromnie się cieszę, że jakiś czas temu skusiłam się na promocję ebooku w którejś z księgarni ebookowych, albowiem w innym przypadku ominęłaby mnie wspaniała lektura.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Życie miasta średniowiecznego”. Henryk Samsonowicz.

Wydana w Wydawnictwie Poznańskim . Poznań (2017). Ebook.

Po „Życie miasta średniowiecznego” sięgnęłam ze względu na zainteresowanie tematem ale również dlatego,że w odległych czasach studenckich uczęszczałam na wykłady pana profesora. 
Książka ta jest wznowieniem po trzydziestu latach, niestety, nie obyło się bez dość poważnego błędu (podejrzewam, że na etapie korekty ), mamy bowiem podczas próby wyznaczenia granic dawnego miasta w obrębie dzisiejszej Warszawy, wspomniane miejsca, które już nie istnieją na mapie (Plac Dzierżyńskiego zamiast obecnego Placu Bankowego). 
Podzielona na dziesięć rozdziałów i solidnie opracowaną bibliografię odnoszącą się do poszczególnych rozdziałów, wprowadza nas w świat średniowiecznego miasta poruszając kwestie takie jak wygląd i ewolucję miasta, pracę w miastach, poziom życia czy kultura umysłowa mieszkańców miasta średniowiecznego. 

Nie ukrywam, że po lekturze odczuwam coś w rodzaju niedosytu i to całkiem sporego. Owszem, to książka pisana przez historyka, ale oczekiwałam chyba nieco więcej szczegółów z życia i funkcjonowania miast średniowiecza. Dalej nie wiem do końca jaka była średnia życia mieszkańców miast i z czego mogła wynikać, jakie rozrywki preferowano w tamtych czasach. Nie, nie oczekiwałam treści bardzo popularnej , wiem, że to jednak książka naukowca ale nie ukrywam, że mam potrzebę pogłębienia tematu (już poczyniłam ku temu kroki). 

Bezsprzecznie „Życie miasta średniowiecznego” napisana jest w sposób bardzo przystępny dla czytelnika ale jak dla mnie zabrakło paru istotnych kwestii, oczekiwałam chyba więcej opisów społeczeństwa i pewnego rodzaju analizy tegoż w mieście. Jednak jako wstęp do zapoznania się z tematem i początek dalszego zgłębienia tematyki uważam, że książka ta nadaje się bardzo dobrze.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Mimochodem o chodzeniu”. Szymon Augustyniak.

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Dawno, dawno temu, nie nie żyła sobie piękna królewna, którą z opresji ratował smok, a ja wraz z Mężem polubiliśmy chodzenie. Tradycją stało się nasze cowieczorne wyjście i spacer, nawet nie bardzo długi ale regularny. Potem, kiedy pojawił się Syn, nieśpiący w domu zbyt chętnie, brałam wózek z dzieckiem, które wietrząc ruch zasypiało już w windzie, czytnik, załadowany dobrymi lekturami i chodziłam, chodziłam, chodziłam. Było, że ponad trzy godziny dziennie wychodziło na ten chód. Chód, to mój, nie wiem czy trafnie to nazwę , sport, jeśli już muszę to określać w ten sposób. A najbardziej po prostu jedna z bardziej lubianych przeze mnie czynności. W dalszym ciągu wolę się przejść niż jechać, chociaż obecnie mam na to jednak nieco mniej czasu. 
„Mimochodem o chodzeniu” od razu zwróciło moją uwagę swoim ciekawym tytułem i od razu wiedziałam, że chcę ją przeczytać. 

Książka stanowiła dla mnie (bardzo przyjemne) zaskoczenie. Nie wiem, czego się spodziewałam ale chyba nie tego, co otrzymałam. Myślałam, że będzie głównie o chodzeniu w kontekście sportu właśnie i wpływu chodu na zdrowie (o tym oczywiście również zostało w książce wspomniane ) ale autor ujął to zagadnienie w szerszym spektrum.

Oto bowiem w kontekście chodzenia zapoznał nas i z historią obuwnictwa (mnie zaciekawiły opowieści o popularnych firmach produkujących obuwie sportowe) ale i z innymi „gatunkami” chodu takimi na przykład jak pielgrzymowanie. Czymże bowiem to nie jest jak nieustającym i intensywnym chodem? Mamy więc opowieści o pielgrzymach, i tych zwykłych i tych sławnych.

Poruszony jest temat turystyki pieszej. Jest też rozdział o sławnych podróżnikach, którym chód pomagał przemierzać świat i poznawać nowe lądy. Ba, kartografowie i geografowie wspomagając się chodem nanosili na mapy korekty bądź wyznaczali nowe lądy. Ciekawy rozdział stanowi rozdział dotyczący kobiet podróżniczek. Opowieść o Mary Kingsley , która pod koniec dziewiętnastego wieku ubiegłego stulecia zwiedziła niemały kawałek świata to pomysł na osobną książkę o ciekawej postaci (zresztą, kto wie, być może takowa powstała?).

„Mimochodem o chodzeniu” to według mnie wspaniała książka, uzupełnienie hobby dla osób, które ulubiły sobie chód jako formę swojej aktywności i które, gdy inni mijają je na rowerach bądź truchtem, idą spokojnie noga za nogą mogąc po drodze podziwiać widoki i krajobrazy. Myślę, że również jest w stanie zaciekawić kogoś, dla kogo akurat nie ta aktywność fizyczna jest ulubioną. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

„Tylko jeden wieczór”. Krystyna Mirek.

Wydana w Edipresse Książki. Warszawa (2018). Ebook.

Podejrzewam, że spora część czytających to osób dzień rozpoczyna od sprawdzenia na telefonie komórkowym, czy otrzymały email, jakąś wiadomość, co słychać w mediach społecznościowych itd. Jakaś część osób wśród tego przeglądu uwzględnia być może serwisy plotkarskie omawiające z zacięciem życie , sukcesy i porażki tak zwanych celebrytów. Do grona tychże bez wątpienia zalicza się bohaterka książki „Tylko jeden wieczór”. Sylwia Nowak, powszechnie znana jednak pod pseudonimem Amelia Diamond. Od paru lat jedna z najbardziej popularnych aktorek serialu o samotnej mamie wychowującej dzieci z uśmiechem i bez żadnego narzekania, nawet jeśli los rzuca jej kłody pod nogi. Bohaterka grana przez Amelię Diamond radzi sobie z przeciwnościami a sam serial przekonuje, że najważniejsze wartości na świecie to rodzina, dobro i miłość bliskich. 

Sama aktorka od lat skutecznie utrzymuje w mediach obraz samej siebie jako osoby niemal idealnej. Kochającej żony i matki. Mało kto wie, że za fasadą pięknej obdarzonej długimi rudymi puklami, zgrabnej kobiety skrywa się pełna problemów i kompleksów osoba. Sylwia Nowak wpadła bowiem w sidła popularności i nie ukrywajmy, wygody wynikającej z tego, że nareszcie udaje jej się zarabiać naprawdę dobre pieniądze. Ten wykreowany przez nią i jej współpracowników obraz jest jednak puszczony w świat i tak naprawdę to sama aktorka staje się jego niewolnicą. Gdyż tak naprawdę jej życie w ogóle nie wygląda idealnie. Małżeństwo od paru lat jest na skraju przepaści, mąż godzi się co prawda występować z nią uśmiechnięty na tak zwanych „ściankach” ale liczy sobie za to niezłą stawkę. Z własnymi dziećmi, dwunastoletnią Sarą i czternastoletnim Kacprem, Sylwia widuje się coraz mniej, bo dzieci oczywiście chodzą do najlepszej szkoły po której mają masę zajęć pozalekcyjnych. 

W biurze, w którym wynajmuje gabinet aktorka , pracuje pani sprzątająca, Zofia. To jej losy równolegle poznajemy w tej książce. Zabieg został zastosowany celowo a przynajmniej ja to tak odbieram. Mamy bowiem skontrastowane dwie kobiety i dwie postawy życiowe. Sylwii, której bieda tak dała się we znaki, że nie zawahała się uczestniczyć w castingu na rolę główną do serialu, który wygrała, ale za to ma coraz gorzej funkcjonującą rodzinę. I Zosi, która dla odmiany nie zarabia nawet promila tego, co Sylwia ale za to ma wokół siebie kochających bliskich, kilkoro dzieci , kochającego męża, liczne grono wnucząt. Jak dla mnie to zestawienie było trochę niepotrzebne, nie do końca chyba lubię takie wprost przypominanie mi, co jest najważniejsze w życiu i jakie priorytety powinno się wybierać. Tym bardziej, że autorka wcale nie przekreśla swojej bohaterki, jaką jest Sylwia. Ba, autorka nawet rozumie, dlaczego tak naprawdę w życiu Sylwii stało się tak jak się stało i nie zsyła na nią jakiejś wielkiej kary.

Wracając jednak do naszej bohaterki. O tym, jak kiepsko wiedzie się jej z bliskimi może pokazać fakt, że od lat nie utrzymywała kontaktu z własną siostrą. A aktorkę poznajemy w dniu tuż przez pogrzebem owej siostry. Która to siostra zostawiła po sobie trzynastoletnią córkę, Julkę. Którą to z dnia na dzień przyjdzie się zająć właśnie nikomu innemu jak Sylwii. Początkowo podchodzi ona do tego z wielką niechęcią ale oczywiście , czego nie robi się dla swojego idealnego wizerunku. Julka zostaje więc zaproszona do domu-twierdzy Amelii Diamond na Wigilię i Święta a potem? Potem to już Sylwia wymyśli gdzie wysłać siostrzenicę. Los jednak ma wobec całej rodziny aktorki zupełnie inne plany, o czym wszyscy szybko się przekonują. 

Pomimo, że jak już wspomniałam, w książce poznajemy rodzinę zarówno popularnej aktorki jak i pani Zosi, przyznaję, że dla mnie wątek życia aktorki był o wiele bardziej ciekawszy i, co interesujące , o wiele, wiele lepiej napisany niż wątek rodziny pani Zosi. To właśnie wątek Amelii Diamond był prawdziwy, bardzo trafnie oddana była pułapka popularności i sławy, w którą łatwo jest wpaść gdy nareszcie bez problemu można zapłacić rachunki i mieszkać w przyzwoitym metrażu. Według mnie przejmująco prawdziwie udało się oddać Krystynie Mirek samotność wśród ludzi a jednak obok ludzi Sylwii, która pogubiła się we własnych decyzjach i we własnym życiu. Ten wątek jest prawdziwy i życiowy i tak, napisany w sposób, który mnie dogłębnie poruszył. Sielanka i idylla domu pani Zosi skontrastowana z przepychem ale samotnością Amelii Diamond jakoś aż tak nie budziła mojego zainteresowania. 

Podobało mi się też zakończenie, przewrotne i mówiące o tym, że gdy dzieje się coś, co budzi nasz sprzeciw,  czasem warto jest zamiast narzekania przyjrzeć się temu co się dzieje i być może uznać narzucone przez los zmiany za coś najlepszego , co nam się mogło wydarzyć. A przynajmniej za krok w lepszym kierunku.

Moja znajoma określiła „Tylko jeden wieczór” Krystyny Mirek najlepszą dotychczas napisaną przez autorkę książką. Muszę przyznać, że o ile chyba nie oceniam tej książki jako najlepszą , to faktycznie muszę powiedzieć, że jest to bardzo dobra książka, mówiąca o tym, co tak naprawdę powinno być ważne dla nas i w naszym życiu. Literatura wpisująca się ze względu na czas, w którym dzieje się akcja książki, w nurt książek świątecznych ale tak naprawdę jej akcja mogłaby się dziać w każdym innym czasie. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6. 

„Tajemnica pod jemiołą”. Richard Paul Evans.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2018). Ebook.

Przełożyła Hanna de Broekere. 

Tytuł oryginalny „The Mistletoe Secret”.

To trzecia z cyklu „Pod jemiołą” książka tego autora. O dwóch poprzednich pisałam w dwóch wpisach, o książce „Hotel pod jemiołą” i o książce „Obietnica pod jemiołą”. 

„Tajemnica pod jemiołą” to jak już napisałam trzecia i ostatnia część jemiołowego cyklu. Pomimo, że łączy je motyw Świąt Bożego Narodzenia (jednak nie determinuje on treści) i tytułowa jemioła, śmiało można czytać je niezależnie. 

Ja odkąd wczesną jesienią dowiedziałam się o tym, że się ukaże, bardzo na nią czekałam bo dwie poprzednie czytało mi się bardzo dobrze i chciałam przeczytać i kolejną część. Mikołaj chyba czytał mój ówczesny wpis na blogu o mających się ukazać książkach z motywem Świąt bo oto zupełnie niespodziewanie ta książka została mi sprezentowana 🙂 

Narrację prowadzi Alex Bartlett, trzydziestodwulatek po rozwodzie. Alex czuje się rozgoryczony ale wciąż chyba coś czuje do byłej żony. Jego najlepsi przyjaciele martwią się tym i namawiają go na to aby zaczął spotykać się z innymi kobietami a również aby zapisał się do serwisu randkowego. Co też Alex czyni ale przy tej okazji, surfując po internecie, odkrywa niezwykły blog. Blog prowadzi samotna kobieta, mająca najwyraźniej chęć pozostać nierozpoznaną, bowiem jest jedynie na blogu zarys kobiecej sylwetki i podpis widniejący pod każdym z wpisów czyli LBH. Alex z zainteresowaniem zaczyna czytać wpisy kobiety bowiem dotyczą one tego, co on sam zna z autopsji aż za dobrze, a mianowicie samotności i wszystkiego tego, co jest z tym pojęciem związane. I, tak, chociaż brzmi to może dość dziwnie, postać LBH tak go intryguje, że powoli poznając jej myśli i refleksje, zakochuje się w niej. 

Mając do dyspozycji niewiele danych takich jak opis miasteczka, w którym żyje i pracuje tajemnicza kobieta jak i kilka dosłownie drobnych wskazówek, Alex typuje miasteczko, w którym może mieszkać LBH i na chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia trafia do owej mieściny niedaleko Utah aby rozpocząć swoje prywatne śledztwo mające na celu odnalezienie LBH.

Tak, to kolejna opowieść tego autora, która nie epatuje grozą i nieszczęściami. To w końcu część, która, cóż, jest dość przewidywalna i nie ma w niej zbytnich zaskoczeń czy niespodzianek. Mniej więcej domyślamy się jak się skończy cała ta historia. Ale szczerze mówiąc, nie jest to z mojej strony zarzut, sięgając po książki Evansa na to właśnie liczę i tego oczekuję. 

Gdybym miała określić „Tajemnicę pod jemiołą” paroma słowami, byłyby to delikatność, czułość, subtelność. Nie jest pewnie zbyt odkrywcza główna myśl książki czyli to, że samotność nie jest dobrym stanem dla człowieka. Stanem, który wpływa na życie i zdrowie człowieka. Ale też czytając wiemy, że ten stan skończy się niebawem przynajmniej w dwóch przypadkach.

Ciepła, optymistyczna książka kończąca ten cykl Evansa, którą oceniam podobnie jak dwie poprzednie na 5 / 6. 

„Morderstwo na Święta”. Francis Duncan.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2018). Ebook.

Przełożył Tomasz Bieroń.

Tytuł oryginalny Murder for Christmas.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Jaki ja świetny kryminał właśnie co przeczytałam ! Miałam najwyraźniej „nosa” do tego aby na lekturę tej książki się zdecydować pomimo, że nazwisko autora jest mi całkowicie obce. Ba, w chwili gdy sięgnęłam w czeluści internetu nie znalazłam najpierw nic na jego temat, dopiero życzliwe dusze podpowiedziały, że jest to pseudonim Williama Waltera Franka Underhilla. Tego autora również nie znam ale muszę przyznać, że „Morderstwo na Święta” jest świetnym początkiem znajomości z tym autorem, zwłaszcza, że jest to o ile dobrze rozumiem, druga część cyklu kryminalnego z bohaterem, jakim jest Mordecai Tremaine. To detektyw amator, ongiś prowadził trafikę, teraz wspomaga w wolnej chwili policję bądź zwyczajnie, sam prowadzi indywidualnie śledztwo gdy zbrodnia dzieje się obok niego. 

Piękna, stara posiadłość o nazwie Sherbroome House, którą właściciel nabył od poprzedniego właściciela, którego nie było stać na jej utrzymanie, grono kilkunastu osób , do tej pory tradycyjnie spędzających Święta Bożego Narodzenia wspólnie za sprawą jowialnego i uwielbiającego Święta właściciela Benedicta Grame’a. I nagle, w tej całej sielance , w nocy z Wigilii na pierwszy dzień Świąt dzieje się zbrodnia. Morderstwo konkretnie mówiąc. Brzmi trochę jak kryminał Agathy Christie? Muszę przyznać, że tak, że uczucie podobieństwa tego kryminału do kryminałów Christie towarzyszyło mi podczas całej lektury, niemniej jednak nie odczuwałam żadnej wtórności czy co gorzej, plagiatu. Po prostu kiedyś chyba te kryminały pisano jednak nieco inaczej, chyba mniej było w nich brutalnej rzeźni a więcej zbrodni z motywem , najczęściej psychologicznym , dotyczącym przeszłości czy wydarzeń dziejących się kiedyś w danym domu. Nie wiem jak Wam, mnie to pasuje ogromnie, w końcu nie bez powodu jestem miłośniczką kryminałów autorstwa Agathy Christie. 

Wróćmy jednak do „Morderstwa na Święta”. Grono osób , jakie ma zamiar razem świętować, jest raczej stałe, ale kilkoro osób , w tym Mordecai Tremaine, zaproszono po raz pierwszy. List, jaki Tremaine otrzymał wraz z zaproszeniem na Święta skreślony został ręką sekretarza i oddanego przyjaciela gospodarza, Benedicta Grame’a. Nicholas Blaise zaprasza Tremaine’a nie tylko dla samego wspólnego celebrowania uroczystości organizowanych przez Grame’a z ogromnym rozmachem ale również dlatego, że przeczuwa, że coś dziwnego i złego dzieje się w posiadłości. Sława Mordecaia najwyraźniej dotarła i do Sherbroome House, skoro Tremaine zostaje zaproszony w celu zorientowania się w sytuacji.

Jak już wspomniałam, gospodarz uwielbia Święta i całą tą otoczkę. Sprasza do siebie na ten czas znajomych i przyjaciół, organizuje wystrój posiadłości, smaczne jedzenie, gry towarzyskie tak aby nikt nie czuł się wykluczony. W jednym z pomieszczeń ustawia piękną choinkę z ozdobami cieszącymi oko, a w Wigilijny wieczór bądź właściwie już noc, ma zwyczaj w przebraniu Świętego Mikołaja rozwieszać na choince prezenty dla każdego z gości tak by bawiący u niego długo wspominali owe niezwykłe Święta. I tak zapewne jest bo nikt nie dworuje sobie z gospodarza, który na czas Bożego Narodzenia odnajduje w sobie wewnętrzne dziecko. 

Niemniej jednak przeczucia sekretarza Benedicta jak i ogólnie dziwna atmosfera, jaką odczuwa po przybyciu do posiadłości Tremaine najwyraźniej nie były jedynie wymysłem. Otóż w wigilijną noc, na przełomie z pierwszym dniem Świąt pod ową piękną, ozdobioną świecidełkami choinką, znaleziona zostaje ofiara ubrana w strój Świętego Mikołaja. 

Zdarzyła się więc zbrodnia, co właściwie wydaje się dziwić nie taką sporą ilość osób. Posiadłość zostaje początkowo odcięta od świata, goście nie mogą jej opuszczać a policja rozpoczyna śledztwo. Policyjne śledztwo toczy się jedną drogą, a drugą toczy się prywatne śledztwo Mordecaia Tremaine’a. Nie jest lekko. Mordecai szybko orientuje się, że nikt tu nie jest do końca szczery, ba, właściwie to niemal każdy ze świętujących ma jakieś większe bądź mniejsze tajemnice i sekrety, które nie mogą wyjść na jaw. Pilnie strzeżone ale nie na tyle aby wraz z upływem czasu Tremaine nie zaczął ich poznawać. 

Postać detektywa amatora jest bardzo sympatyczna. To starszy pan, w typie miłego dziadziusia, z wiecznie zsuwającymi się z nosa binoklami. Przyznaję, może to mylić. Jednak w tej poczciwie wyglądającej postaci drzemie mądry i sprytnie kojarzący fakty śledczy, który umie powiązać ze sobą różne wydarzenia, padające wcześniej słowa czy wyznania i skonstruować z tego logiczną całość a co za tym idzie, dojść prawdy. 

„Morderstwo na Święta” to świetny kryminał w starym, dobrym stylu. Kto z Was ma chęć przenieść się wraz z Mordecaiem Tremainem do angielskiej, starej posiadłości i wraz z nim rozwiązać zagadkę, zdecydowanie powinien sięgnąć po tę książkę. Dla mnie samej plusem było to, że niemal do ostatniej strony nie domyśliłam się tego, kto jest sprawcą więc dla autora ogromny plus i ukłon w jego stronę bo to właśnie w dobrym kryminale sobie cenię.

Polecam !

 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Wędrowcy”. Joanna Papuzińska.

Wydana w Wydawnictwie Literatura. Warszawa (1999). 

„Wędrowców” czytałam w swoim dzieciństwie. Uwielbiałam tę książkę. Miałam ją na półce obok innej świetnej książki Joanny Papuzińskiej czyli „Rokiś. A gdzie ja się biedniuteńki podzieję?”. Książka („Wędrowcy”) została w domu rodzinnym a ja dwa czy trzy lata temu postanowiłam poszukać jej czy może została wznowiona. Znalazłam wydanie z roku 1999 i oto jedna z moich najulubieńszych książek z dzieciństwa jest w moim domu. Ponieważ właśnie dopiero co przeczytałam ją Jasiowi, słów parę o niej zamierzam napisać. 

Po pierwsze, wcale się sobie nie dziwię, że już teraz jako dorosła czytelniczka, tak lubię motyw Świąt Bożego Narodzenia  w książkach. Jak mogło stać się inaczej skoro zaczytywałam się przed każdymi Świętami tą właśnie? No jak? Nie dało się inaczej, taka prawda 🙂

Aga i Antek to rodzeństwo. Ona ma trzynaście, on osiem lat. W dniu Wigilii rodzeństwo robi ostatnie porządki w oczekiwaniu na przyjście rodziców. Na kuchni pyrkocze się wolniutko kapusta a dzieciaki sprzątają. Dzieje się to jednak tak dynamicznie, że w pewnej chwili spada na ziemię ukochana przez mamę i pielęgnowana z sercem paprotka. Paprotce szczęśliwie nic się nie dzieje, za to z pękniętej doniczki wypada nieco ubrudzony ziemią maleńki kluczyk, który Antek natychmiast chowa do kieszeni spodni i zapomina o tym w zaaferowaniu. Trzeba bowiem czym prędzej usunąć „ślady zbrodni”. Rodzeństwo zgodnie przesadza roślinkę, co nawet jej chyba dobrze robi. Do domu wracają rodzice i chcąc mieć spokój przy pakowaniu prezentów, wysyłają dzieci jeszcze na chwilę do sklepu po migdały.

Aga i Antek wyruszają do sklepu ale wyprawa ta nagle zmieni się w niezwykłą, tajemniczą i magiczną podróż. Tytułowym „wędrowcom” bowiem poplączą się drogi i dróżki, ulice zmienią nagle swoje położenie a tramwaj, którym zawsze bez problemu wracają z miasta do domu, zmienia bieg trasy i dojeżdża do lasu. Czas w jakiś magiczny sposób zmienia bieg i generalnie zaczyna się robić niezwykle, tajemniczo ale i ekscytująco. 

Aga i Antek trafią do starszej pani, u której będą sobie wróżyć z wierszy, tak tak, nie z wosku właśnie a z wierszy, potem pomogą właścicielowi sklepu ze zwierzętami odtransportować zakupionego psa boksera do jego nowych właścicieli. A następnie trafią do pewnej odciętej od świata chałupki w górach, gdzie będą brali udział w jednym z najbardziej niezwykłych widowisk jakim są narodziny nowego człowieka. Nie obawiajcie się, obywa się bez zbędnych jak na książkę dla dzieci, szczegółów , które mogłyby kogoś zniechęcić ale z pewnością nie ma tu żadnego wmawiania tego, że dzieci znajduje się w kapuście lub przynosi je bocian. 

Kiedy byłam mała bardzo lubiłam „Wędrowców” za atmosferę i klimat tajemnicy, magii, przygody. Ale i wtedy i teraz, gdy czytam ją już jako dorosła osoba, najbardziej podoba mi się w niej podkreślenie wspólnoty, siły rodzeństwa, które na co dzień może się i sprzeczać o drobiazgi ale kiedy dzieje się coś ważnego, jest ze sobą, jest razem i wspiera się wzajemnie. Jak zresztą oboje w pewnej chwili komuś przyznają, gdyby w podobnej sytuacji znaleźli się sami, bez brata czy siostry obok, byliby zdenerwowani. A tak? Traktują to jako wspólną przygodę, trochę jak z książki. No i piękna jest ta pointa, czyli, nawet po największej przygodzie, po niesamowitym czasie , najlepiej i najbardziej szczęśliwie jest w rodzinnym domu, wśród najbliższych.

Joanna Papuzińska to według mnie jedna z najlepszych polskich autorek książek dla dzieci. I gdy czytałam je jako dziecko i teraz doceniam to w jak poważny sposób podchodzi ona do nieletniego czytelnika. Z powagą i szacunkiem, pisząc właściwie tak, że gdy czytam to jako dorosła nie czuję się infantylnie a jednocześnie wciąż ta proza pozostaje prozą dla dzieci. Tak potrafią jedynie naprawdę wspaniali autorzy i autorki. 

Idę zaraz sprawdzać, czy po przełomie a najlepiej obecnie, wznawia się wcześniejsze książki autorstwa Joanny Papuzińskiej. Jeśli nie, to ze swej strony czynię nieśmiałą sugestię w stronę wydawnictw aby zainteresowały się wcześniejszymi książkami Pani Joanny i je wznowiły bo to jest wspaniała literatura dla dzieci, naprawdę. 

Moja ocena i to wcale nie z sentymentu, a rzetelna i szczera , nie może być inna niż 6 / 6.

„Wszystko przez ten Nowy Jork”. Cassandra Rocca.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Anna Niedzielko.

Tytuł oryginalny Tutta colpa di New York.

Kolejna książka, którą kupiłam wykorzystując promocję na książki ze Świętami w tle. Tu faktycznie Święta stanowią tło, a najważniejszy jest właściwie czas tuż przed nimi ale jest to całkiem zgrabna opowiastka o miłości , która dzieje się w Nowym Jorku. Książka zdecydowanie nie aspiruje do niczego więcej niż jest czyli pozytywnym czytadełkiem, książką o miłości, według mnie całkiem fajnym pomysłem na sfilmowanie pod banderą „Komedii romantycznej”. 

Jak wspomniałam, Święta Bożego Narodzenia są tu właściwie tłem do opowieści jako, że główna bohaterka, młoda kobieta Clover O’Brian , bardzo lubi czas tych Świąt. Pomimo tego, że jej kontakty z rodziną nie należą do wymarzonych , ona wciąż wierzy w magię tego czasu. Lubi przyozdobić swój dom na Święta, wiesza w oknie lampki choinkowe, układające się w uśmiech witający ją powracającą z jej oryginalnej pracy co wieczór do domu, lubi wybierać prezenty świąteczne dla przyjaciół. Wspomniałam o oryginalności zajęcia Clover. Jest bowiem „personal shopper”, ale ja wolę sobie to przetłumaczyć jako „wybieraczka prezentów”. Z trójką innych przyjaciół pracuje w „Giftlandzie”, sklepie zapewniającym dobór prezentów dla innych . Klienci korzystający z usług sklepu mogą zarówno kupić coś w samym sklepie, jak również z pomocą między innymi właśnie Clover, zamówić dla kogoś bliskiego coś bardziej osobistego jak opowiadanie, wiersz czy film złożony ze wspomnień czy zdjęć. 

Niestety, samej Clover jakoś nie udaje się otrzymać prezentów równie wspaniałych jak te, które wybiera dla klientów sklepu. Do czasu. Do czasu gdy vis a vis jej odziedziczonej po babci willi w zabytkowej części Nowego Jorku nie zatrzyma się On. Sława kina Hollywood, Cade Harrison.

W Nowym Jorku znalazł się ukrywając się przed reporterami plotkarskich gazet i namolnymi fanami po pewnej bardzo nieprzyjemnej sytuacji z byłą już dziewczyną.

I natyka się zupełnie przypadkiem na Clover. Rudowłosą, temperamentną , istny wulkan energii. Na pewno nie żadną gwiazdę z pierwszych stron gazet ale dziewczynę, której największym marzeniem przed Świętami jest to aby ujrzeć moment zapalania światełek na wielkiej choince na Rockefeller Center. I Cade, który pod wpływem pewnych wydarzeń zapała uczuciem do Clover, zechce jej ten moment zorganizować w sposób niezwykły i bardzo odległy od tego, do którego kobieta do tej pory przywykła. 

No tak, jest to opowieść o tym, jak dwoje zupełnie różnych ludzi spotyka się i zakochuje. Tak, jest to raczej lekka opowieść ale nawet pod płaszczykiem tej lekkości można wyczytać fajne i uniwersalne przesłania, że można tarzać się w pieniądzach a tak naprawdę najważniejsze to mieć obok siebie kogoś, kto nas kocha dla tego kim jesteśmy a nie dla tego co mamy. 

Polubiłam Clover za jej charakter , za to, że nie wstydziła się przyznać, że lubi czas przedświąteczny i świąteczny pomimo, że w sumie do tej pory mało kto organizował z nią ten czas tak aby czuła się naprawdę szczęśliwa. Wreszcie, tak, polubiłam tę dwójkę jako parę i kibicowałam ich związkowi 🙂 

Jak już wcześniej wspomniałam, książka zdecydowanie nie udaje niczego innego niż jest a jest całkiem udaną lekturą czytaną w okresie około świątecznym kiedy to można przymknąć oko na to, że w życiu nie zawsze układa się tak jak w bajce i poczytać sobie właśnie taką historię ze zdecydowanie szczęśliwym zakończeniem.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Miłość na Gwiazdkę”. Colleen Wright.

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Agnieszka Myśliwy.

Tytuł oryginalny The White Christmas Inn.

Skorzystałam parę dni temu z korzystnej promocji i oto zupełnie przypadkiem (jakoś wcześniej nie zarejestrowałam, że się ukaże) za mną bardzo udana lektura świąteczna. Od razu uprzedzam, że jest to dokładnie taka lektura z motywem Świąt Bożego Narodzenia , jaką lubię. Czyli nie zdarzają się żadne nieszczęścia, a jeśli to wszystko dobrze się kończy. Tak, jest słodko, jest z lukrem, są niewytłumaczalne zbiegi okoliczności (chociaż gdy czasem analizuje się wydarzenia z własnego życia też zdarzają się spotkania, zdarzenia, które wydawałoby się, że nie mogły się zdarzyć więc czemu by nie mogły pojawić się w książce?). Jest ciepło, serdecznie, dobrze. No więc tak, ci, którzy stronią od tego typu lektury od razu wiedzą, aby po nią nie sięgać. Ci zaś, którzy podobnie jak ja, właśnie na czas lektury świątecznych książek włączają w sobie odrobinę więcej wyrozumiałości i przymykają oko na pewne niemożliwości do zaistnienia a jednocześnie oczekują od książki pokrzepienia, ciepłej atmosfery i serdeczności, ci w stu procentach będą usatysfakcjonowani. 

Akcja książki rozgrywa się w pensjonacie o nazwie Evergreen Inn. Od dziesięciu lat prowadzą go Jeanne i Tim. Małżeństwo zakładając pensjonat chciało z tego miejsca uczynić miejsce wyjątkowe, nie kolejny zajazd czy motel ale miejsce wysublimowane z dopracowanymi szczegółami takimi jak kolor poduszek czy zasłon bądź korzystanie z usług i produktów lokalnych przedsiębiorców. Dlatego też kupują droższą ale dobrą jakościowo żywność. Jeanne dba też o wystrój pensjonatu, jest on wyposażony nie tylko w nowoczesne wyposażenie lecz ma coś, czego nie mają inne pensjonaty a mianowicie klimat i tak zwaną „duszę”. Serdeczni gospodarze, piękne i urządzone z pomysłem i pięknem wnętrza, to wszystko przez całą lekturę kojarzyło mi się z naszą ulubioną miejscówką na Warmii, dokąd od czasu jej odkrycia w roku 2016 byliśmy już siedem razy. No ale , nie zbaczajmy z tematu. W każdym razie jeszcze do niedawna pensjonat stanowił źródło satysfakcji i radości małżeństwa. Niestety, parę lat temu dwadzieścia pięć kilometrów od Evergeen Inn otwarty został hotel , z setkami pokoi ale i prywatnym stokiem narciarskim i wyposażeniem dla dorosłych i dzieci. Nieważne, że Jeanne i Tim maja również wyposażenie dla gości i dla każdego wymyślą coś niezwykłego a przy tym serwują wspaniałe potrawy Jeanne (opisy przysmaków stanowią powód bycia głodnym przez większość lektury). Ważne jednak, że ich pensjonat przestaje przynosić dochody. I Jeanne i Tim stają przed oczywistym i bardzo przykrym faktem. Muszą zamknąć interes, sprzedać pensjonat i wrócić do miasta do gonitwy ale i mimo, że nielubianej ale dającej pensje , pracy biurowej. Nie wiedzą jak to przekazać Iris, starszej pani, do której należała posiadłość, w której urządzili pensjonat i która sprzedała im ją wierząc w powodzenie ich przedsięwzięcia. Jest nawet ich pracownicą, pracuje bowiem na recepcji, zawsze serdecznie witając każdego gościa. Nawet jeśli jest nim nieco wyniosły chwilami i sprawiający dość tajemnicze wrażenie mężczyzna z angielskim akcentem, niejaki GEoffrey Godwin. 

W Evergreen Inn bowiem na dzień przed Wigilią znajdzie się gromadka nieco przypadkowych gości. Tylko część z nich trafiła tam planowo , czyli MOlly, autorka książek dla dzieci, Hannah mająca w Święta wziąć w ulubionym pensjonacie ślub, jej rodzice i świadkowa. Reszta gości, czyli Eileen i Frank, małżeństwo pierwszy raz mające spędzić Święta bez dzieci i samotny ojciec Marcus wraz z córkami Bailey i Addison trafi do Evergeen Inn przypadkowo. Śnieżyca i zamknięte drogi stanowe staną się powodem poszukiwań miejsca na nocleg. Będzie też Luke, wnuk Iris, który przed Świętami wpadł złożyć babci życzenia a śnieżyca i jemu odetnie drogę. Jest też ów tajemniczy nieco i bardzo skrupulatny tajemniczy mężczyzna z angielskim akcentem. 

Chcąc czy nie, chociaż część z nich miała zupełnie inne plany, przyjdzie im spędzić czas Świąt razem. Ale nikt nie będzie robił z tego powodu tragedii. Okaże się, że ta sytuacja wręcz uruchomi w niektórych pokłady serdeczności, życzliwości i dobra. Nieznani dotąd ludzie pogrążą się w długich rozmowach, będą sobie pomagać, spędzać razem czas. Będą mogli coś komuś opowiedzieć, mając świadomość, że mają słuchaczy ale też będą mogli dać komuś nietypowy prezent w postaci bycia słuchaczem czyichś historii. 

Do tego opis świątecznego wyposażenia i dekoracji pensjonatu i wspaniałe potrawy serwowane przez gospodynię, to wszystko składa się na ładny i ciepły obraz Świąt jakie mogą być dla niektórych wręcz wzorem na Święta wymarzone. Gdy liczy się obecność innych osób, możliwość rozmowy, wspólnego zjedzenia dobrego jedzenia, kolędowania z innymi. 

Jak już wspomniałam na początku, do niedawna w ogóle nie słyszałam o tej książce a tu nagle otrzymałam piękny przedświąteczny prezent mogąc ją przeczytać. 

Tak, ocena jest zdominowana przez moje osobiste i całkowicie subiektywne oczekiwania w odniesieniu do tego typu książek ale nic na to nie poradzę 😉  Moja ocena to 6 / 6. 

„Pokój kołysanek”. Natasza Socha.

Wydana w Wydawnictwie Edipresse Książki. Warszawa (2018). Ebook.

Ach, jaka to jest piękna książka. Tak, właśnie tak ją określę, jako piękną. Ta książka to jedna z najbardziej dopracowanych, wycyzelowanych książek. Począwszy od okładki, zaprojektowanej przez Magdalenę Zając a zdjęcie do niej jest od Najka Photography (doceniam ogromnie pracę nad okłądką a nie wzięcie zdjęć ze stocka), przez pomysł na dwadzieścia cztery rozdziały książki wraz z fragmentami kołysanek, tworzące coś na kształt nietypowego kalendarza adwentowego dla czytelników lubiących książki świąteczne, a skończywszy na jej treści. 

Już o tym kiedyś mówiłam, Natasza Socha to według mnie dość niedoceniana polska autorka, pisząca dobre i mądre książki. Obym się myliła, oby to było jedynie moje wrażenie, serdecznie tego życzę autorce aby to było jedynie moje odczucie bo zwyczajnie żal by było gdyby tak wspaniałe książki były omijane przez czytelników. 

Od razu powiem, że dla mnie samej z pewnego względu była to lektura dość trudna. Ci, którzy czytają mój blog od dawna będą wiedzieli dlaczego gdy napiszę, że gros akcji rozgrywa się na oddziale neonatologii (sądząc po przypadkach musi to być OIOM) jednego ze szpitali położniczych w Poznaniu. Pomimo, że podczas lektury bywały ciężkie momenty gdy wracały się wspomnienia i obrazy, chciałam przeczytać tę książkę bo czułam, że będzie ona piękna i nie myliłam się. 

Opowieść w „Pokoju kołysanek” odnosi się do prawdziwej historii amerykańskiego emerytowanego nauczyciela, który pracuje w jednym ze szpitali jako „przytulacz” noworodków, które z jakichś powodów nie mogą w danej chwili mieć przy sobie najbliższych. 

Joachim to starszy pan. Ma osiemdziesiąt pięć lat. Pomimo, że nigdy nie założył rodziny, chyba nie uważa swojego życia za niepełne, pracował w wymarzonym zawodzie, bardzo dużo podróżował. Jednak chyba sądzi tak do czasu. Spontanicznie zgłasza się do pracy na oddziale noworodkowym jako „profesjonalny przytulacz”. Sporo maluchów spędza na oddziale szpitalnym po urodzinach długi czas. Bardzo dużo z nich wręcz walczy o życie, jako , że są wcześniakami. Kiedy jednak udaje im się zwyciężyć i zaczynają przybierać na wadze i kiedy można już je tulić, do akcji wkracza Joachim. Nie wszystkie maluszki mogą liczyć na stałą obecność mamy. Joachim natomiast przebywa na oddziale długo i przytula, tuli, oddaje wielką miłość i ciepło a ponadto opowiada noworodkom historię swojego życia. Opowieści te traktują o jego podróżach. Jak już pisałam, mężczyzna realizował się zwiedzając świat a przebył naprawdę wiele kilometrów. 

Okazuje się, że w jego życiu był kiedyś Ktoś Ważny. Kobieta, z którą jednak Joachim nie potrafił wtedy zostać, coś bowiem gnało go w świat. Teraz, gdy mocno się już zestarzał, zdaje sobie sprawę z tego, że chyba jednak przez całe życie tej ważnej dla niego kobiety mu brakowało. 

Dlaczego ta książka tak mnie zachwyciła? Bo jest ciepła, mądra, ładna. Bo ma ciekawych bohaterów, dla których ważni są inni ludzie. Bo nie jest to opowieść tylko o Joachimie ale o Helenie, Rozalii, Rysi, ale i o Marcie i jej partnerze, siostrze Marii pracującej na oddziale od wielu, wielu lat. Ich życie nie zawsze było lekkie, łatwe i przyjemne a pomimo tego ciekawe.

Podoba mi się też, o czym pisałam, podzielenie opowieści na dwadzieścia cztery rozdziały. Kto ma ochotę na taki rodzaj lektury, może ją sobie dawkować jak książkowy kalendarz adwentowy a lekturę rozpocząć od soboty. 

To książka, która jest , tak przynajmniej ja to odczuwam, niezwykle przemyślana. To nie przypadkowa treść mająca przy okazji wypełnić świąteczny popyt na tego typu literaturę. Sama Autorka przyznaje, że podczas pisania wykorzystała oryginalne zapiski podróżne swojego Dziadka i tak, te zapiski wspaniale uzupełniają literackiego Joachima.

Niezwykły jest list, który otrzymuje Joachim pod koniec tej opowieści. Nie chcę nic zdradzać bo cała przyjemność w lekturze, ale niesamowite jak bardzo wiele zależy w życiu od przypadku i jak często możemy minąć się z kimś dosłownie o krok. 

A to zakończenie !!! Wbiło mnie w powiedzonkowy fotel (bowiem nie czytam w fotelu a wczoraj książkę kończyłam już późną nocą w łóżku). Wspaniałe, wspaniałe ! Na końcu otrzymujemy klamrę spinającą pewne wydarzenia z przeszłości z teraźniejszością i otrzymujemy nadzieję na piękną kontynuację tej niezwykłej historii. I ponownie zachwyt jak wszystko w tej książce konsekwentnie wynika z siebie wzajemnie, jak się przenika i jak logicznie można to wyjaśnić. 

Jestem zachwycona tą książką. I pomimo trudnych tematów w niej poruszanych a na pewno miejsca, w jakim przebywa Joachim, polecam ją jako tę , która niesie mnóstwo nadziei na to, że po złych chwilach przyjdą te dobre i że tak, szczęśliwe zakończenia jak najbardziej się zdarzają. 

Moja ocena to 6.5 / 6  (tak, znów „to” zrobiłam 🙂 ).