…Żeby tak nie wisiało na smutno, trochę weselej teraz będzie.
Powiedzmy, że wczorajsza wizyta u wet nastroiła mnie nieco bardziej optymistycznie, czuję po prostu, że Sówka jest pod właściwą opieką a to najważniejsze.
Ale, skąd ten tytuł?
Otóż, wizyta u weterynarz zaczęła się oczywiście od łapania Sówki. Nie myślcie sobie, że on poproszony wchodzi do transportówki. Odkąd na forach o kanarkach wyczytałam, że one nie lubią być łapane (a kto niby lubi??)  i żeby najlepiej prosić o złapanie kanarka sąsiada (tiaaa, niezły pomysł, najlepiej tych z góry hehe;) a w najgorszej sytuacji założyć na przykład czapkę , w której to rzekomo nasz ptaszek nas nie pozna, mój Mąż oczywiście przed łapaniem wdziewa czapkę. Ja się z tego trochę nabijam, bo jestem na 100% , że Sówka doskonale wie, że to nie jest żaden obcy facet, tylko jego pan , tylko założył jakąś starą czapkę, w której w dodatku nietwarzowo wygląda. Odnoszę jednak wrażenie, że oni obaj lubią się bawić w tę grę. To znaczy, P. ma wrażenie, że robi wszystko, żeby ptaszek nie miał mu za złe łapania (nie ma, i tak kocha P. najbardziej i strasznie za nim na przykład tęsknił , jak nas nie było) a kanarkowi pozwala to zachować tak zwaną twarz i wyjść z tej krępującej sytuacji z męskim honorem.
Tak, czy inaczej, kanar został złapany i P. dygał mi go do transportówki, kiedy to podczas wkładania do niej kanar zwiał. Zwiał i zaczął pięknie latać wokół pokoju. Tak pięknie, jak jeszcze nigdy. Wysoko, z szeroko rozłożonymi skrzydłami. No ślicznie. Adrenalina ma jednak moc, nie ma to tamto.
Mój Mąż śledził jego lot, ja się śmiałam (nawet w takiej sytuacji to jednak było naprawdę komiczne) a Sówka wylądował na swojej ulubionej doniczce, na której zawsze sobie siedzi i skacze podczas wizytowania pokoju.
W tym momencie mój Mąż nagle wyciągnął rękę i natychmiast go złapał. Jak mi potem powiedział "zachowałem się jak wąż" (czyli proszę, obudził się jakiś instynkt drapieżnika w mojej Drugiej (lepszej!) Połowie;).
Zawieźliśmy go do wet, oczywiście z transportówki dobiegały mnie odgłosy, które doskonale pokazywały, iż wiozący ma nam całą tę historię za złe.
U Pani Ani kanarek nabrał jeszcze większej mocy,ale ona oczywiście ma wprawę w trzymaniu takich małych zawadiaków. Aby pokazać nam, że faktycznie coś mu tam niekoniecznie pięknie oddycha wsadziła nam po kolei kanarka do ucha (na pewno mu się podobało:) i oczywiście słyszeliśmy. Dostał lek na skórę na ewentualne pajęczaki, które prawdopodobnie ma w gardle, a potem na chwilę miał zostać oddany w ręce nasze. Ja się od razu wymigałam, więc kanara przejął P. I tu się zaczęło, kanar nabrał takiej mocy, że znowu prawie zwiał i nagle gabinet, mój Mąż i Pani Ania pokryli się piórkami (kanar wciąż jest w okresie pierzenia, co nie sprzyja, bo wtedy kanarki są osłabione). Piesek, który czekał w kolejce i wchodził za Sówką na pewno przypadł do nóg swojej pańci i przysiągł, że on już będzie grzeczny;)
Ciągle nie ma o Chucku Norrisie;)
Już już.
Jedząc późny obiad rozmawialiśmy o wizycie i o tym, że ten mały drań, mimo wszystko ma całkiem sporą siłę, jak na takiego ptaka, całej wagi parędziesiąt gramów pewnie. P. powiedział, "Ty wiesz, jakiego on ma kopa z nogi? Chuck Norris przy nim wymięka".

No i jak tu ich nie kochać? (Obu tych moich panów;).