…taka złota myśl naszła mnie po tym, jak wczoraj Sowa odbył swoje drugie poważne loty po pokoju. Tradycji stało się zadość i wyleciał na pokój niejako nie do końca tego chcąc, ale, co ciekawe, latał już o wiele wyżej, jak poprzednim razem i lepiej sobie radził. Po pierwsze, miał mniejszą nerwicę przy tym, nawet pobawił się na krześle, czyli przeskakiwał sobie na tych drewnianych szczebelkach pod siedzeniem krzesła. Raz o mało nie wylądował mi na głowie, ale ja odruchowo zamknęłam oczy i schyliłam głowę, co go trochę przestraszyło i zmienił kierunek lotu, zaraz potem jednak chyba skuszony kolorem kapcia góralskiego, jaki noszę, wylądował mi na kapciu właśnie. Pękaliśmy ze śmiechu, bo on chyba leci ku brązom myśląc, że to drzewo;)
Potrenował też skikanie po kijku, jaki pomiędzy dwoma roślinami zamontował mu P.
Zwiedził stół i siadł przy gablotce.
Kiedy jednak podsunęliśmy mu wejście do klatki (nie jest jeszcze na etapie , że sam do niej wlatuje z powrotem) widać było, że z wielką chęcią wrócił do domu. No i co nas ucieszyło, dochodzenie do siebie po przeżyciach związanych z odkrywaniem pokoju, zajęło mu krótszy czas, niż tydzień temu, należy więc wnioskować, że jednak się do latania przekona (miejmy nadzieję;).